Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcesoria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcesoria. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 marca 2018

Dodatki do palenia świec zapachowych - czy są potrzebne amatorowi? Sprawdź!

Dodatki do palenia świec zapachowych - czy są potrzebne amatorowi? Sprawdź!

Swoją przygodę ze świecami zapachowymi rozpoczęłam w 2016 roku. Na początku miałam kilka pojedynczych świec (głównie no name, albo tanich producentów, takich jak Bolsius) i sporą kolekcję wosków Yankee Candle. Z czasem moja kolekcja zaczęła się powiększać i poznawałam kolejne marki, takie jak: Kringle Candle, Country Candle, Village Candle czy Goose Creek. Całą swoją miłością obdarzyłam marki oferujące świece dwuknotowe, ponieważ:
1. Nie potrzebują "wspomagaczy" przy idealnym rozpalaniu i dochodzeniu do ścianek;
2. Odniosłam wrażenie, że w większości przypadków ich zapachy są po prostu bardziej intensywne od znanych mi jednoknotowców.

Po jakimś czasie jednak chciałam testować coraz to więcej zapachów - również marek oferujących jednoknotowce - i uzbierałam około 30 świec w słojach. Są tacy, którzy powiedzą, że to bardzo dużo, ale jest mnóstwo świecoholików, dla których 30 sztuk to żadna kolekcja. Dlatego mimo wszystko wciąż nazywam sama siebie świecowym amatorem :)

Mając jednak już tyle rodzajów świec, wciąż szukałam szczegółowych informacji na temat tego, jak uzyskać tzw. "basen", czyli świecę idealnie rozpaloną do ścianek, jak przycinać knoty, żeby do wosku nie wpadały czarne paproszki, czy jak ustrzec się przed niebezpiecznymi sytuacjami w domu, związanymi z palonymi świecami. Nie jestem ekspertem i nadal lubię zasięgnąć informacji dotyczących nurtujących mnie tematów i chętnie korzystam z rad tych bardziej doświadczonych.

Chciałabym jednak napisać wam o tym, czego już zdążyłam się dowiedzieć i jakie triki stosuję, żeby palenie świec zapachowych było jeszcze przyjemniejsze.



FOLIA, SWETEREK, ILLUMA

Wszystkie te 3 "narzędzia" pomagają w poprawnym wypalaniu świecy, czyli zapobiegają tzw. tunelowaniu - świeca rozpala się do ścianek słoika, po czym po zgaszeniu równo zastyga. Folia i sweterek pomagają świecy lepiej się rozgrzać i utrzymać to ciepło. W pierwszej chwili pomyślałam: "dzierganie sweterków dla świec i ubieranie ich w to? Serio?" - przez jakiś czas było to dla mnie zbyt wiele. Owijałam świecę folią aluminiową i efekt był zadowalający. Z czasem zaczęło mnie denerwować ciągłe kupowanie folii i to, że świeca nie wygląda za ładnie, stojąc owinięta sreberkiem. Wtedy z odsieczą przyszła babcia, która zrobiła mi na drutach sweterek na duży słój. Byłam nim zachwycona! I oczywiście jestem nadal - ubieram go na duże jednoknotowce, dzięki czemu szybciej osiągam idealne rozpalenie się świecy do ścianek.
Są jednak egzemplarze wyjątkowo oporne - wtedy na ratunek przybywają illumy. Są to nakładki na słoje, które stabilizują płomień i przyspieszają rozpalenie się świecy do ścianki. Illumy pasują na duże i średnie słoje, głównie Yankee Candle. Im mniejsza "wolna powierzchnia" w środku illumy, tym efekt jest szybszy i dokładniejszy.

UWAGA! WAŻNE!
Nigdy, ale to nigdy nie zakładajcie folii, sweterka ani illumy na świece dwuknotowe! One doskonale radzą sobie bez pomocników, a korzystając z nich, możemy narazić się na niebezpieczeństwo - stopienie illumy i sweterka, pożar!


Zobaczcie jak pięknie rozpala się nawet bardzo oporne maleństwo :) Na słoiki Kringle illumy nie pasują, sweterka w takim rozmiarze również nie posiadam, dlatego w tym przypadku posiłkowałam się jedynie folią aluminiową i jak widać, jest efekt wow :) Dlatego naprawdę nie potrzeba kolejnych wydatków, żeby wspomóc świecę w rozpalaniu! Folia w zupełności wystarczy.


PODSTAWKI POD ŚWIECE

Jestem panikarą. Przeogromną. I mimo, że wiele osób mówi mi, że świeca stojąca na drewnianym stoliku nie jest zagrożeniem, ja wolę nie ryzykować i zawsze stawiam ją na czymś. Niezależnie od tego, czy jest to podstawka dedykowana świecom, czy blaszana podstawka pod donicę, albo patera na ciasto, jeżeli sprawdzi się w roli podstawki pod słoik i sprawi, że będzie on stał stabilnie, dla mnie jest dużą dawką spokoju.
Podstawki pod świece dedykowane np. świecom Yankee Candle, znajdziemy często w zestawie z kloszem, który nakładamy na świecę i otrzymujemy efekt lampki. Ja nie mam ani podstawki typowej dla świec, ani też klosza. Osobiście nie czuję w tej chwili takiej potrzeby, ale kto wie... :)



NOŻYCZKI DO PRZYCINANIA KNOTÓW

Jest to narzędzie, które przez pewien czas uważałam za zbędne. Po każdym zgaszeniu świecy, kiedy na knotach robiły się tzw. "grzybki", czyli szerokie, brzydkie zakończenie knota, które zapewne i tak od niego odpadnie i pobrudzi nam wosk, po prostu łapałam końcówkę w palce i odrywałam to, co uznałam za niepotrzebne. Takie manewry zdawały egzamin do czasu, kiedy nie wypaliłam już dużej ilości wosku w danej świecy i nurkowanie paluchami w dużym słoju nie było już takie łatwe :P Wtedy uznałam, że nożyczki są niezbędne.
Ja posiadam nożyczki ze sklepu internetowego Kringle.pl - są idealne. Końcówka docinająca jest świetnie zbudowana i szeroka - idealnie "łapie" wszystkie brudki, które podczas użycia klasycznych nożyczek wpadłyby nam do świecy.

Nożyczki możecie kupić za 39 zł ---> KLIK


LATARENKI

Mam dwie. Między innymi dobrze znaną wersję z Ikea, widoczną na zdjęciu. Czy używam ich do palenia świec zapachowych? NIE. Służą mi jedynie za dekorację. Sama nie wiem dlaczego nigdy nie próbowałam. Może w końcu nadejdzie taki dzień.

Dajcie znać, czy lubicie świece zapachowe i czy wspomagacie się czymkolwiek w lepszym rozpalaniu i w dekorowaniu świec. Na koniec podsyłam wam jeszcze malutką inspirację z mojego instagrama - puste słoiki po wypalonych świecach świetnie nadadzą się dla świec innych kształtów i mniejszych rozmiarów! Świetnie się ze sobą komponują a dodatkowo świece również lepiej się rozpalają. Tutaj maleństwo sojowe od Onceuponacandle w słoiku po małej świecy Yankee Candle :)


czwartek, 23 listopada 2017

Konturowanie twarzy przy pomocy pędzla Chubby Mermaid Brush by Mermaid Salon

Konturowanie twarzy przy pomocy pędzla Chubby Mermaid Brush by Mermaid Salon


Ten cudowny pędzel wygrałam jakiś czas temu w konkursie na Facebooku sklepu internetowego Krem de la Krem. Byłam nim zachwycona, przede wszystkim ze względu na design. Kształt rybki wywołuje obłęd - dosłownie - nie mogłam przestać go dotykać i oglądać. Bardzo długo leżał na półeczce i krzyczał do mnie: "No wypróbuj mnie w końcu!", ale ja wciąż się przed tym wzbraniałam, bo jest zbyt piękny!
W końcu udało mi się ogarnąć i wypłynęłam na wielkie wody, testując pędzel na kilka sposobów.

Jak mi poszło?
Tego dowiecie się w dalszej części posta, jednak póki co sprawdźmy, jakie informacje o pędzlu znajdziemy na stronie sklepu Krem de la Krem.

100% ORYGINALNY PĘDZEL MERMAID BRUSH BY MERMAID SALON
Ten niezwykle starannie i precyzyjnie wykonany pędzel występuje w 6 wersjach kolorystycznych: Galax-sea, Aqua, Silver, Rose Gold, Matte Black i Rainbow.
Idealnie nadaje się do nakładania podkładów płynnych, korektorów oraz do konturowania twarzy.
Wykonany z najwyższej jakości miękkiego, syntetycznego włosia. Wegański i nietestowany na zwierzętach.
Pędzel jest powszechnie podrabiany. U nas w pełni oryginalna i unikalna na skalę kraju wersja Mermaid Brush by Mermaid Salon prosto z Australii.


Ja mam oczywiście wersję Matte Black. Muszę wam powiedzieć, że spotkałam się z wieloma zdjęciami podróbek z Aliexpress. One faktycznie wyglądają niemalże identycznie jak oryginalne rybki. Czytałam kilka opinii osób, które miały styczność z obiema wersjami. Piszą, że tak jak w przypadku podrabiania innych "znanych" pędzli, tak i tutaj różnica w użytkowaniu jest ogromna. Pędzle zamówione na Ali, w opinii wielu dziewczyn, nadają się jedynie do aranżacji zdjęć - są tylko pięknym gadżetem.

Ale wróćmy do mojej rybki :)
Swoje testy zaczęłam od konturowania metodą na sucho. Zaznaczę tylko, że jestem totalną amatorką w kwestii makijażu, dlatego mogę wypowiadać się jedynie za siebie i biorąc pod uwagę własne umiejętności. Konturowanie na sucho w ogóle mi nie wyszło. Pędzel świetnie zaznaczył miejsca, które chciałam potraktować bronzerem - linia prowadzona jest wręcz perfekcyjnie. Niestety nie potrafiłam przy pomocy pędzla dobrze rozetrzeć produktu. Włosie jest miękkie, ale jednocześnie bardzo zbite. W mojej opinii pędzel jest idealny do rozprowadzania produktów płynnych i kremowych i do konturowania na mokro.

Stąd moje kolejne próby :)
Niedawno wybierałam się na świąteczną mini sesję zdjęciową (której efekty oczywiście wam pokażę, ale jeszcze poczekajmy na to ogromne szaleństwo Bożonarodzeniowe!) i wiedziałam, że mój makijaż musi być intensywny i perfekcyjny. Konturowanie w tej sytuacji to podstawa, dlatego sięgnęłam po kredki do konturowania Hean oraz oczywiście po moją rybkę. Kredką brązową zaznaczyłam wgłębienie w policzkach, boki nosa i czoło u nasady włosów po obu stronach, a jasną kredką rozświetlającą kości policzkowe, czubek i środek nosa, a także miejsce nad nosem. Rybka z roztarciem tych miejsc poradziła sobie fenomenalnie! Nie starła produktu, ale też pozbyła się ostrych krawędzi i wywołała przenikanie się kolorów. Efekt był jednocześnie naturalny, ale i spektakularny. Wciąż nie mogę się nadziwić, że moje konturowanie czoła widać na każdym zdjęciu! Oczywiście jest to widoczne w taki sposób, w jaki powinno być - efekt nie jest absolutnie przerysowany ;)

Jestem zachwycona efektem konturowania na mokro. Teraz już wiem, że nie wykonam tej części makijażu już nigdy więcej żadnym innym pędzlem. Rybka jest do tego po prostu stworzona!

Poniżej przedstawiam wam całą gamę kolorystyczną pędzli. Oryginalne kupicie oczywiście tylko w sklepie KREM DE LA KREM.

Źródło: www.kremdelakrem.pl

Pewnie od razu rzuciła wam się w oczy ta cudowna muszelka? To NOWOŚĆ w sklepie Krem de la Krem! Kolejny wspaniały pędzel sprowadzony dla nas prosto z Australii - tym razem do nakładania różu, pudru i wykańczania makijażu <3
Muszelkę kupicie TUTAJ.


Jak podoba wam się seria pędzli by Mermaid Salon? Skusiłybyście się na oryginalny produkt, czy raczej wybieracie tańsze podróbki? Jestem bardzo ciekawa waszego zdania :)



I nieśmiało przypominam o rozdaniu, które trwa tylko do niedzieli! :)

niedziela, 12 listopada 2017

Nagroda z blogowego rozdania, czyli potwierdzenie, że warto próbować szczęścia!

Nagroda z blogowego rozdania, czyli potwierdzenie, że warto próbować szczęścia!

Niedawno wzięłam udział w rozdaniu na blogu Kolorowe Maliny, gdzie do zdobycia były 4 maski Tony Moly z serii I'm Real oraz cudowna, różowa opaska z uszkami, która przytrzymuje włosy podczas aplikacji masek w płachcie. Ta seria masek zawsze mnie ciekawiła, ponieważ miałam okazję używać dwóch, z czego jedna okazała się totalnym bublem, a druga tak mnie w sobie rozkochała, że używam jej regularnie. Nawet nie wiecie jak wielki uśmiech na mojej twarzy wywołało otwarcie przesyłki od Kasi. Nie spodziewałam się, że to ja mogę zostać wytypowana do otrzymania tej nagrody, ale jak widać, szczęściu naprawdę trzeba pomagać, bo wszystko może się zdarzyć! :)

Chciałabym pokrótce opisać wam działanie każdej z przetestowanych już przeze mnie masek, ale zacznę od cech wspólnych, żeby się niepotrzebnie nie powtarzać.

Opakowanie
Maski zamknięte są w cudownych opakowaniach, kolorowych, błyszczących, na których od razu widać, co odpowiada za działanie każdej z nich. Jestem nimi oczarowana.

Płat materiału
Każda maska wykonana jest z grubego materiału, który dobrze przylega do twarzy i jest świetnie nasączony serum. Jedyny minus to dość małe otwory na oczy.

Zapach
Wszystkie testowane przeze mnie maski miały zapach delikatnie zbliżony do tego, co widnieje na opakowaniu maski. Każdy jest jednak nieco chemiczny, co można powiedzieć zabija zapach pierwotny. Nie mniej jednak zapachy nie są uciążliwe.

Wchłanianie się serum
Każda z masek z tej serii zachwyciła mnie tym, że serum idealnie wklepuje się w skórę i nie pozostawia na niej ani tłustej ani lepkiej warstwy. Uwielbiam to!

Jak sprawdziły się u mnie maski? Chętnie wam o tym opowiem :)


Rice Mask Sheet Clear Skin
To jedna z tych masek, o których wspomniałam powyżej. Zdążyłam już ją poznać i jest to jeden z moich numerów jeden pośród masek w płachcie. Pokochałam ją od pierwszego użycia i staram się mieć ją zawsze w swojej maseczkowej kosmetyczce.
Jest to maska  ekstraktem z ryżu, który odpowiada za odżywienie skóry. Maska ma za zadanie skórę rozjaśnić, uelastycznić i dodać witalności skórze poszarzałej.
Maseczka naprawdę wyrównuje koloryt skóry i sprawia, że blizny potrądzikowe oraz zaczerwienienia są mniej widoczne.
Moja ocena - 5/5.


Aloe Mask Sheet Moisturizing
To maska, której byłam najbardziej ciekawa, bo kocham wszystkie kosmetyki na bazie aloesu.
Jest ona przeznaczona dla skóry suchej, potrzebującej nawilżenia, regeneracji i ukojenia. Ja mam cerę tłustą, ale nigdy nie należy zapominać, że ta również potrzebuje regularnego nawilżania! Ponadto, zazwyczaj bardzo potrzebuję uspokojenia mojej cery, ze względu na występowanie zaskórników i wyprysków.
Maska sprawdziła się u mnie świetnie. Faktycznie nawilżyła i wygładziła skórę. Mam wrażenie, że wspomogła leczenie niewielkiego stanu zapalnego na moim czole.
Moja ocena - 5/5.


Seaweeds Mask Sheet Skin Purifying
Jest to maska odżywcza, która dzięki wyciągowi z alg ma za zadanie również regulować pracę gruczołów łojowych, czyli oznaczałoby to, że ta maska jest idealna dla mojej skóry.
Po jej użyciu faktycznie czułam, że moja skóra została odświeżona. Był to przyjemny efekt, ale na pewno po jednym użyciu nie zauważyłam zmniejszenia się świecenia skóry. Nie mniej jednak z maski jestem zadowolona.
Moja ocena - 4/5.


Red Wine Mask Sheet Pore Care
Maska dla osób borykających się z problemem rozszerzonych porów - czyli również idealny produkt dla mnie. Ma za zadanie wygładzić i zmiękczyć skórę.
Tę maskę użyłam po bardzo ciężkim dla mnie dniu, kiedy moja skóra również nie czuła się zbyt dobrze - była zmęczona, szara nieelastyczna i tłusta. Po zdjęciu maski i wklepaniu serum zauważyłam efekt wow. Skóra zrobiła się miękka, oczyszczona, nawilżona i ukojona. Moje samopoczucie było na tyle złe, że użyłam jedynie kremu BB, a byłam zadowolona z tego, jak moja skóra wyglądała przez cały dzień, więc to chyba największy komplement dla tej maski.
Moja ocena - 5/5.


Opaska z uszkami towarzyszyła mi podczas każdej przygody z maseczkami z rozdania. Jest nie tylko bardzo piękna, ale także, a nawet przede wszystkim, niezwykle funkcjonalna. Jest to moja druga opaska tego typu i muszę wam szczerze napisać, że odkąd je posiadam, nie wyobrażam już sobie aplikacji masek w płachcie bez użycia tego gadżetu. Świetnie przytrzymuje włosy i nie uciska głowy. Po wielu praniach nadal pozostaje miękka i przyjemna w dotyku. Polecam zakup takiej opaski każdej z was!

Na koniec chciałabym dodać, że maską z serii I'm Real, z której nie byłam zadowolona po testach wiele miesięcy temu, był wariant Makgeoli Mask Sheet Skin Purifying, czyli maska z serum na bazie alkoholu uzyskiwanego z destylacji ryżu. Maska ma za zadanie nawilżyć i odżywić skórę. A co spowodowała u mnie?
Pieczenie i mrowienie na twarzy, przez co maskę zdjęłam po około 10 minutach. Nie widziałam żadnego pozytywnego efektu na mojej skórze, a jedynie jej lekkie zaczerwienienie. Widocznie maska na bazie alkoholu nie jest dla mnie zbyt dobrym pomysłem.

Wracając do rozdania na blogu Kasi i tej świetnej nagrody - jestem za nią niezwykle wdzięczna i bardzo się cieszę, że miałam okazję testować te świetne maski. Wam dziewczyny polecam jedno - nie poddawajcie się i bierzcie udział w rozdaniach i konkursach! Naprawdę warto :) A jedno z nich już za momencik na moim blogu! 

Weźmiecie udział? :)

niedziela, 29 października 2017

Donegal, akcesoria kosmetyczne z serii Jungle

Donegal, akcesoria kosmetyczne z serii Jungle

Jakiś czas temu otrzymałam od marki Donegal kilka nowości z serii akcesoriów kosmetycznych JUNGLE. W mojej przesyłce znalazłam:

gąbeczkę do makijażu super soft;
pędzel do podkładu;
pędzel do konturowania brwi;
myjkę do twarzy.

Wszystkie akcesoria są zapakowane w piękne pudełeczka (oprócz myjki, która znajduje się w plastikowym woreczku) - seria Jungle bez wątpienia przyciąga wzrok designem opakowań i samych produktów. Pędzle mają cudowne, pastelowe kolory - łosoś połączony z niebieskim.
Każdy produkt zdążyłam już porządnie przetestować, więc przychodzę do was z recenzją każdego z osobna oraz moją ogólną oceną tej części serii Jungle.



Zacznę od tego, że jestem absolutną fanką oryginalnego Beauty Blendera, przez co ciężko jest jakiemukolwiek innemu produktowi tego typu mnie oczarować. Testowałam już kilkanaście innych gąbek do aplikacji podkładu i każda lądowała w koszu na śmieci po maksymalnie 3 użyciach. Dlaczego? Dlatego, że każda, którą miałam "przyjemność" testować, była twarda i jakby gumowa, przez co żadna nie była wystarczająco elastyczna. Testowałam między innymi gąbeczki: Inglot, Golden Rose, Pierre Rene i wiele gąbek "no name".
Kiedy wyjęłam z opakowania gąbeczkę Donegal, która jak sama jej nazwa wskazuje, ma być super miękka, nie miałam dużych nadziei. Ku mojemu zaskoczeniu, na sucho gąbka jest naprawdę bardzo miękka! Wykonana jest z elastycznego tworzywa, za co ogromny plus. Po namoczeniu gąbki byłam zaskoczona tym, jak bardzo urosła. Robi się wręcz ogromna! Beauty Blender w porównaniu do tej gąbki to maleństwo ;) Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiej jakości. Gąbka nie pije zbyt dużo podkładu, świetnie go aplikuje i bardzo dobrze się domywa. Jest naprawdę bardzo miękka. Jest wykonana co prawda z zupełnie innego tworzywa niż Beauty Blender, więc na pewno mi go nie zastąpi, ALE po wielu dniach testów mogę śmiało napisać, że będzie dla mnie zamiennikiem na bardzo dobrym poziomie. Gąbeczka Donegal wylądowała w kosmetyczne podróżnej. Dodam tylko, że w delegacje służbowe wyjeżdżam regularnie i to, że ta gąbka stała się moim stałym elementem podróżnym, jest naprawdę ogromnym wyróżnieniem :)

Gąbkę kupicie TUTAJ w cenie 14,99 zł.




Pędzel do podkładu Donegal to kolejny świetny produkt. Oprócz pięknego designu, charakteryzuje się również niezwykle miękkim włosiem. Jak już wcześniej wspomniałam, podkład aplikuję gąbką. Pędzel jednak przetestowałam i znalazłam dla niego inne, równie świetne zastosowanie :) Jeżeli chodzi o aplikację podkładu - pędzel radzi sobie z tym zadaniem doskonale. Nie zostawia smug, a podkład bardzo szybko wtapia się w skórę. Mogę więc wam śmiało polecić ten produkt.

A jak ja go używam?

Nakładam nim na twarz kremowe maseczki. W tej roli również sprawdza się rewelacyjnie! Testowałam go zarówno na gotowych maskach o konsystencji kremu jak i na glinkach, które są bardziej wymagające, jeżeli chodzi o ich aplikację. W obu przypadkach pędzel poradził sobie świetnie - nie pozostawiał smug, a maseczki były rozprowadzone na twarzy równomiernie.
Pędzel po wielokrotnym myciu nadal jest jak nowy. Włosie jest miękkie, nie wypada i nie niszczy się. Jestem bardzo zadowolona z tego pędzla.

Kupicie go TUTAJ w cenie 24,99 zł.



Pędzel do konturowania brwi to produkt, bez którego nie wyobrażam sobie mojego codziennego makijażu. Moje brwi są jasne i rzadkie, w związku z czym podkreślam je cieniem oraz brązowym tuszem do włosków. Cień aplikuję właśnie skośnym pędzelkiem, więc testowanie tego było czystą przyjemnością.
Ten pędzelek, tak jak pędzel do aplikacji podkładu, ma bardzo miękkie włosie. Jest jednak dość zbity, przez co wydaje się twardy. Cień nakładałam na brwi tak jak zwykle - zaznaczając najpierw kontur, a następnie wypełniając środek brwi. Do zaznaczania konturu pędzelek jest wprost idealny! Właśnie dzięki temu, że włosie jest bardzo zbite. Jednak przy moich rzadkich brwiach, musiałam się bardzo napracować, żeby ładnie rozblendować cień pomiędzy włoskami w miejscach, gdzie widać dużo skóry. Udało mi się to wykonać, ale tak jak wspomniałam, nie było to łatwe. Kontur był jednak zaznaczony tak precyzyjnie jak nigdy, więc dla pędzelka duży plus.
Sprawdziłam go również przy wykonywaniu kreski na powiece zarówno cieniem, jak i eyelinerem w żelu. W tej roli sprawdził się perfekcyjnie - pędzelek jest twardy, więc prowadził linię idealnie, ręka ani razu mi się nie osunęła. Kreski wychodzą wręcz idealnie - są równe i pięknie zarysowane. Jeśli lubicie używać skośnego pędzelka do wykonywania kresek - ten będzie dla was idealny.

Kupicie go TUTAJ w cenie 14,39 zł.



Ostatnim produktem z paczki jest myjka do twarzy, wykonana z bardzo miękkiej mikrofibry - naprawdę BARDZO miękkiej! Myjka w dotyku jest milutka jak futerko. Po wzięciu jej do ręki westchnęłam: "łaaaał" - serio :)
Myjkę przetestowałam dwa razy:
Na początku użyłam jej do zebrania z twarzy nadmiaru serum z maseczki w płachcie, które nie chciało się wchłonąć w skórę. Zmoczyłam myjkę ciepłą wodą i przykładałam do twarzy. Przy takich produktach ważne jest, aby nie pocierać twarzy, a właśnie przyciskać je do skóry - wtedy nie wywołamy uszkodzeń mechanicznych i idealnie zbierzemy z twarzy "niechciany" produkt.
Drugim razem użyłam maseczkę do zmycia z twarzy olejku do demakijażu. Działa on lepiej, jeśli nie zostanie umyty pod bieżącą wodą. Najlepsze działanie zobaczymy, kiedy zmoczymy myjkę w ciepłej wodze i analogicznie do pierwszej metody, będziemy dociskać ją do twarzy. Myjka świetnie wchłonęła olejek, nie pozostawiając na twarzy tłustego filmu.
Mam dla was tylko jedną uwagę - przed pierwszym użyciem myjki Donegal KONIECZNIE najpierw dokładnie ją umyjcie. Ja wyprałam ją w pralce. Dlaczego to zalecam? Przetestowałam myjkę od razu po wyjęciu jej z opakowania i na twarzy pozostało mi mnóstwo "farfocli", które przy kontakcie z wodą i tłustą skórą, po prostu wychodziły z myjki i zostawały na mojej skórze. Po wypraniu już nie było tego efektu, także myjka jak najbardziej spełnia swoje zadanie. I co ciekawe, wciąż pozostała miła w dotyku!

Kupicie ją TUTAJ w cenie 10,29 zł.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z otrzymanych produktów. Widać, że są naprawdę świetnie wykonane, a cena nie jest wygórowana, biorąc pod uwagę jakość akcesoriów. Cieszę się, że te produkty trafiły do mojej kosmetyczki. Na pewno zostaną ze mną na dłużej.

poniedziałek, 16 października 2017

Krem de la Krem - cudowny sklep z kosmetykami naturalnymi

Krem de la Krem - cudowny sklep z kosmetykami naturalnymi


Znacie sklep Krem de la Krem? Jeśli nie, koniecznie musicie nadrobić zaległości! To cudowne miejsce kierowane przez miłośników kosmetyków naturalnych - miejsce z duszą, z charakterem, nastawione na stuprocentowe zadowolenie każdego klienta. Każdy klient jest rozpieszczany nie tylko świetnie skompletowanym przez siebie zamówieniem, ale także prezentami, pięknym opakowaniem i całą oprawą otrzymywanej paczuszki. Pamiętam swoje pierwsze zamówienie - tę kokardkę, naklejki, pianki wypełniające, gratisy, liściki, kolorowe, błyszczące kwiatki, wypełniające kartonik. Czyż to nie jest dbanie o klienta z prawdziwego zdarzenia? Ja rozpływałam się nad samym opakowaniem zamówienia, a przecież przyszły do mnie świetne produkty z naturalnymi składami, a to kocham najbardziej!
Co jeszcze przyciąga do sklepu jak magnez? Możliwość dodawania wybranych produktów do swojej własnej WISHLISTY <3 Znacie to uczucie, kiedy kilka produktów chcielibyście mieć w swojej kosmetyczce czy w łazience, ale niekoniecznie w danym momencie możecie sobie pozwolić na zakup? Nic straconego! Po dodaniu produktów do swojej wishlisty, będą one tam na was czekać. Nie usuną się, nie znikną, a przy każdym odwiedzeniu sklepu będą wam o sobie przypominać <3 Ja korzystam z tej opcji namiętnie! Wciąż dodaję nowe produkty i wymieniam te, które już posiadam :)

Z czym przychodzę do was dzisiaj? Nie tylko z recenzją sklepu, ale z moją wygraną w konkursie zorganizowanym na Facebooku właśnie sklepu Krem de la Krem. Jeśli chcecie zobaczyć co wygrałam - zapraszam poniżej! Zadaniem konkursowym było wykonanie zdjęcia kosmetyków naturalnych w jesiennej aranżacji. Wciąż nie mogę wyjść z szoku, że to właśnie moja praca została wyróżniona! <3


Tak wyglądała moja nagroda <3 Mnóstwo cudowności nie tylko kosmetycznych. A samo opakowanie? Chyba widzicie, że nie kłamałam pisząc, że sklep nas rozpieszcza. Kolor pianek wypełniających i kokardy, którą opleciony był karton mnie oczarowały. Uwielbiam takie odcienie! Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek i słodkości - przepysznych krówek z logo sklepu. Dla takiego łasucha jak ja, nawet to było piękną niespodzianką :D Jeżeli zainteresowała was otrzymana przeze mnie paczka, poniżej znajdziecie opis każdego produktu :)


# MERMAID SALON absolutny, niekwestionowany hit Instagrama - pędzel do nakładania podkładów płynnych, korektorów i do konturowania twarzy w kształcie rybki. Marzyłam o nim od dawna i jak tylko zobaczyłam go w zestawie, który można było wygrać, poczułam ścisk w żołądku. Pędzel jest oczywiście w 100 % oryginalny, sprowadzany przez sklep Krem de la Krem prosto z Australii - nie mylmy z podróbami z Aliexpress! Pędzle występują w pięknych, błyszczących, tęczowych, syrenkowych kolorkach <3 Ja otrzymałam czarny, który jest również przepiękny! Jego matowe wykończenie powala!
Cena w Krem de la Krem: 68 zł
Kupicie TUTAJ


# MIYA My Wonderbalm I Love Me - krem odżywczy z olejkiem różanym, który kusił mnie od dawna - to własnie jeden z produktów, które szybko powędrowały na moją wishlistę w Krem de la Krem. Mnóstwo pozytywnych opinii, świetny skład - pokochałam kosmetyki różane miłością bezwzględną, bo tonizują, odżywiają i rozświetlają skórę, czyniąc ją aksamitnie miękką i pozbawiając niechcianych zaczerwienień. Krem testuję już kilka dni i muszę wam powiedzieć, że się na nim absolutnie nie zawiodłam. Ma gęstą konsystencję, ale świetnie się wchłania, nie pozostawiając ani lepkiej, ani tłustej warstwy. Po jego użyciu skóra w dotyku jest aksamitna, jak po nałożeniu bazy pod makijaż - kochacie to uczucie tak samo jak ja? <3 A zapach? Jest cudownie różany! Ten produkt to moje absolutne odkrycie!
Cena w Krem de la Krem: 29,50 zł / 75 ml
Kupicie TUTAJ


# YOPE regenerujący krem do rąk Imbir & Drzewo sandałowe. Markę YOPE znam i uwielbiam, cenię w niej to, że składy są niemalże w 100 % naturalne. Krem do rąk posiada akurat aż 98 % naturalnych składników. Posiadam w swojej kolekcji kremów do rąk wersję Herbata & Mięta i jestem w niej za-ko-cha-na! Świetnie nawilża, cudownie pachnie, a design opakowania jak zwykle zwala z nóg. Tego kremu jeszcze nie otworzyłam, ale zapach znam z innych produktów (mydeł i balsamów), więc mogę go wam śmiało polecić :)
Cena w Krem de la Krem: 29,50 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Body Boom małe opakowanie peelingu kawowego w wersji miętowej. Mam na wykończeniu pełnowymiarowy produkt i przyznaję, że znajduje się on na mojej liście niezbędników, ale na lato. Dlaczego? Bo zapewnia rewelacyjny efekt chłodzenia ciała. Sam peeling bazuje na kawie robusta i idealnie dobranych olejkach i składnikach pielęgnujących. Pomaga zwalczać cellulit i zmniejsza widoczność rozstępów. Czy warto posiadać go w swojej łazience? Jak najbardziej! Pełnowymiarowe opakowanie wystarcza na wiele aplikacji.
Cena w Krem de la Krem: 64 zł / 200 g
Kupicie TUTAJ


# Make Me BIO. woda różana 100 % naturalna. Mam ten produkt - był jednym z tych, które zamówiłam podczas swojej pierwszej wizyty w Krem de la Krem, zaraz po otwarciu. Ciekawostka: Byłam pierwszą klientką sklepu <3 Wody używam zamiast toniku oraz do rozcieńczania glinek. W obu rolach sprawdza się idealnie, bo ma właściwości tonizujące, nawilżające i odświeżające. Butelka posiada wygodny atomizer, który ułatwia aplikację wody. Na początku nie podobał mi się zapach, bo przypominał mi nieco goździki, których nie lubię, ale szybko się do niego przyzwyczaiłam i już mi nie przeszkadza, a nawet go polubiłam :)
Cena w Krem de la Krem: 14,90 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Cosnature regenerujący szampon do włosów z awokado i migdałami, który bardzo mnie ciekawi, bo naczytałam się o zbawiennych właściwościach awokado w kontekście dbania o włosy. Moje są w dość kiepskim stanie po kilkukrotnym rozjaśnianiu, więc z przyjemnością będę testować ten produkt! Przeznaczony jest do włosów suchych, zniszczonych i farbowanych, więc idealnie :)
Cena w Krem de la Krem: 17,90 zł / 200 ml
Kupicie TUTAJ


# It's Skin maseczka z wyciągiem z borówek i Vianek maseczka łagodząca z olejkiem kokosowym. Maseczka It's Skin w tej wersji to dla mnie nowość, ale używałam już inne maski tej marki i byłam zadowolona, więc bardzo się cieszę na kolejne testy :)  
Maseczka nie jest dostępna w Krem de la Krem.
Maseczka Vianka jest moją ulubioną z tej serii maseczek. Używałam wszystkich trzech i w tej się totalnie zakochałam. Jest to maska łagodząca, a moja skóra często bywa podrażniona, więc działanie ma dla mnie idealne. Polecam ją każdej z was, jeśli macie problemy z nadwrażliwością skóry. Maska jest na bazie białej glinki, więc jest niezwykle delikatna <3
Cena w Krem de la Krem: 5 zł / 10 g
Kupicie TUTAJ


# Korana Miodowy Dotyk bezwodne masło do ciała oparte wyłącznie na maśle Shea i naturalnych olejach roślinnych: migdałowym, winogronowym, z awokado oraz oliwie z oliwek. Skład jest re-we-la-cyj-ny! Jestem pewna, że ten produkt świetnie nawilża nawet bardzo suchą skórę. Zimą na pewno będę stosować go również na usta i dłonie. Jestem go bardzo ciekawa!
Cena w Krem de la Krem: 31 zł / 150 ml
Kupicie TUTAJ


# Born to Bio fiołkowy żel pod prysznic. Zarówno marka, jak i sam produkt to dla mnie nowość. Przyznam szczerze, że nigdy nie używałam niczego o zapachu fiołka, więc tym bardziej ciekawość mnie zżera. Żel musi jednak jeszcze troszkę poczekać, bo mam otwartych już kilka produktów pod prysznicem i muszę dotrwać do końca. Czas na uporządkowanie w tym temacie! :P
Cena w Krem de la Krem: 21,90 zł / 300 ml
Kupicie TUTAJ


# HAGI naturalne mydło ze skrzypem polnym, wyrabiane ręcznie metoda na zimno. Z jednego z poprzednich postów już wiecie, że uwielbiam naturalne mydła, które można stosować do twarzy. Skład tego jest dość "bogaty" w porównaniu do mydeł, których używam od lat, ale na pewno je wypróbuje. Zachęca do tego zawartość w składzie olejów roślinnych, maseł i skrzypu polnego. Jestem ciekawa, jak to cudo sprawdzi się na mojej skórze :)
Cena w Krem de la Krem: 18 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Muffin Stefan absolutnie przeurocza babeczka do kąpieli, w której się zakochałam i którą ciągle oglądam i macam. Mimo, że nie mam wanny, trzymam takie produkty na jakieś specjalne okazje - urlop, wyjazd służbowy. Często przebywam w hotelach, w których dostaję pokój z wanną i w takie właśnie podróże zabieram najlepsze cuda. Ta muffinka stała się od razu moim numerem 1 i już nie mogę się doczekać naszej wspólnej kąpieli <3
Muffinka nie jest dostępna w Krem de la Krem.


# Chłodząca maska na oczy w kształcie truskawek. Uwielbiam tego typu maski i mam ich w swoim zbiorze już kilka. Wkładam je na 15-20 minut do lodówki, a potem relaksuję się leżąc z nimi na oczach. Cudownie chłodzą i odświeżają skórę wokół oczu - jeśli jeszcze są tak piękne, jak te truskawy, to nie mam wątpliwości, że używanie ich to czysta przyjemność!
Maseczka nie jest dostępna w Krem de la Krem.


# O'Herbal odżywka do włosów w formacie podróżnym. Uwielbiam markę O'Herbal, posiadam w swoim zbiorze zarówno szampony jak i odżywki. Cieszę się niesamowicie, że mój ulubiony wariant będę teraz miała w miniaturowym opakowaniu, które mogę zabrać ze sobą w każdą podróż. To cudowny prezent do nagrody, która przecież sama w sobie i tak była prezentem! <3
Produkt ten jest często dodawany jako gratis do zamówienia :)
Produkty marki O'Herbal kupicie TUTAJ

Jak widzicie, wygrałam same wspaniałości. Nie mogę się doczekać, aż przetestuję wszystko. Jeszcze raz dziękuję całej Załodze Krem de la Krem za wyróżnienie mojego zdjęcia i za niezmiennie wspaniałe podejście do każdego klienta. Na koniec raczę was widokiem cudownymi kartek, które są dokładane do każdej paczki i również życzę wam miłego i pięknego dnia! :)


środa, 11 października 2017

Zoeva Bamboo vol. 2 - wegański zestaw pędzli po kilku latach użytkowania

Zoeva Bamboo vol. 2 - wegański zestaw pędzli po kilku latach użytkowania

Zastanawiacie się czasem jak pędzle z wyższej półki zachowują się po kilku latach ich użytkowania? Jeśli tak, przychodzę wam dziś z pomocą i z odpowiedzią.
Swój zestaw wegańskich pędzli od Zoeva wygrałam około 5 lat temu w konkursie organizowanym na Fanpage'u magazynu JOY. Wtedy nie miałam zbyt dużego pojęcia o makijażu i o akcesoriach niezbędnych do jego wykonania. Pędzle trochę przeleżały w szafie, po czym totalnie wkręciłam się w temat make-up'u i pielęgnacji twarzy, więc pędzle poszły w ruch.

Zakochałam się w nich od pierwszego użycia! Są miękkie, puchate, świetnie aplikują zarówno mokre, jak i suche produkty. Idealnie się domywają i nie niszczą podczas czyszczenia. Nie wyobrażam sobie już codziennej pracy bez nich, a szczególnie bez jednego pędzla, co widać na zdjęciach - skośny pędzelek do zaznaczania brwi i kresek poszedł w ruch od razu po umyciu, a jeszcze przed zrobieniem zdjęć ;)

Jakie pędzle znalazły się w zestawie?


Zacznę od tego, że zestaw to nie tylko same pędzle, ale także tuba, w której je przechowuję oraz wygodna kosmetyczka.

W skład pędzli w tym secie weszły:

128 Cream Cheek - do różu, do bronzera - ja używam go do aplikacji różu. Świetnie blenduje i nie robi plam. Jest cudowny!

103 Defined Buffer - do nakładania podkładu - używałam go w ten sposób przez jakiś czas, ale jestem jednak fanką Beauty Blendera i zdecydowanie podkład wolę aplikować gąbką. Ten pędzel jest mi więc zbędny.

109 Face Paint - do konturowania twarzy - służy mi on do nakładania bronzera w załamaniu kości policzkowych (poniżej kości policzkowych). Bronzer bardzo wygodnie się aplikuje, pięknie stapia się ze skórą.

105 Highlight - do aplikacji rozświetlacza, różu - ja przy jego pomocy nakładam na twarz puder wykańczający makijaż. Nadaje się do tego idealnie - można nim "wciskać" puder w skórę lub delikatnie ją "oprószyć". Jest mięciutki i naprawdę świetnie sprawdza się w tej roli :)

142 Concealer Buffer - do aplikacji korektora - tego pędzla nie lubię, bo włosie jest bardzo zbite i pędzel jest po prostu twardy. Pewnie taki właśnie ma być podczas aplikacji korektora, ale ja zdecydowanie nie lubię robić tego w ten sposób. Jest to drugi pędzel z zestawu, którego po prostu nie używam.

227 Soft Definer - do aplikacji i blendowania cieni - ten pędzel to mój must have w aplikacji cieni na powiekę. Do blendowania nadaje się idealnie! Jest miękki, puszysty. Nie robi plam i nie ściera cieni. Od dawna szukam mu kolegi i idzie mi to dość opornie ;)

232 Classic Shader - do aplikacji cieni na całej powierzchni powieki - bez tego pędzla nie ma żadnego mojego makijażu. Tak jak jego poprzednik jest miękki, tylko włosie jest nieco bardziej zbite, co pomaga w aplikacji cieni na całej powiece. Cudo cudo cudo!

317 Wing Liner - do eyelinera - ten pędzel to taka "truskawka na torcie" (wybaczcie, jestem fanką piłki nożnej, jeśli wiecie kim jest Tomasz Hajto i w jak zapadający w pamięć sposób wypowiada to zdanie, to chwała dla was! :P). Jak już wyżej wspomniałam, tego pędzla używam do podkreślania brwi i nie wyobrażam sobie życia bez niego! To jedyny skośny pędzelek, który idealnie pozostawia cień do brwi na skórze. Nie "zabiera go ze sobą" podczas aplikacji, tylko faktycznie pozostawia zaznaczoną linię. Jest najlepszy na świecie!

Jak dbam o pędzle i w jaki sposób "zakonserwowałam" je przez lata?



Do mycia pędzli używam gumowego jajeczka BrushEgg oraz naturalnego mydła do mycia dłoni i ciała YOPE. BrushEgg ma specjalne wypustki, które pomagają wyciągnąć brud z pędzli, a mydło YOPE jest na tyle delikatne, że nie niszczy włosia i nie rozpuszcza kleju.
Pędzle zawsze suszę na leżąco, co zapobiega rozpuszczeniu kleju, a co za tym idzie, dostaniu się go na włosie. Co ważne, część użytkową z włosiem zawsze wystawiam poza szafkę, na której suszą się pędzle, żeby nie odkształcić włosia! :)

Dzięki takiemu, regularnemu myciu, moje pędzle nadal są w świetnym stanie i pozwalają mi z nich stale korzystać.Nie zamieniłabym ich na żadne inne i jestem pewna, że jak będę musiała je wymienić, kupię kolejny zestaw Zoeva - pomimo wysokiej ceny, której zdecydowanie są warte.

Ponadto pamiętajmy, że są wegańskie, wykonane w 100 % z syntetycznego włosia. Dla mnie to dodatkowy plus.

A wy? Macie swoje ulubione pędzle? Podzielcie się ze mną w komentarzach! :) Ja oczywiście używam również wielu innych pędzli, z których jestem bardzo zadowolona! Zoeva to po prostu mój Numer 1 :)

poniedziałek, 18 września 2017

Brzoskwiniowa szczotka do włosów, która pachnie... jabłkiem?

Brzoskwiniowa szczotka do włosów, która pachnie... jabłkiem?

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że moja dotychczasowa szczotka do włosów powinna zostać wymieniona na nową. Mam jednak "podróżną" wersję Tangle Teezer, więc wiedziałam, że nie muszę się spieszyć z tym zakupem. Wtedy na profilu eKobiecej na Facebooku natrafiłam na post o szczotce Oh K! pachnącej brzoskwiniami. Nie potrafiłam się powstrzymać, kiedy zobaczyłam ten cudowny design. Poza tym, moje włosy zazwyczaj brzydko pachną zaraz po prostowaniu. Pomyślałam, że może pomoże przeczesanie ich tym cudem.

Czy faktycznie pomogło?




Zacznę od tego, że zapach szczotki w ogóle nie przypominał mi brzoskwini, a klasyczne zielone jabłuszko. Otrzymałam potwierdzenie od innej osoby posiadającej tę szczotkę, że faktycznie coś w tym jest, bo ona też porównałaby zapach do jabłka. Dla mnie zdecydowanie nie jest to plus, bo bardzo nie lubię jabłkowych nut zapachowych. Nie mniej jednak sam fakt, że szczotka wydziela zapach, był imponujący. Moje włosy po wyprostowaniu zazwyczaj naprawdę nieładnie pachną - szczotka radziła sobie z tym bardzo dobrze. Zapach nie był intensywny, ale maskował ten przypominający lekko spaleniznę. Piszę, że "radziła sobie" dobrze, bo efekt ten był zauważalny przez około 2 tygodnie. Szczotkę mam nieco ponad miesiąc i z zapachu nie zostało prawie nic. Czuć go jedynie przy powąchaniu szczotki. Zapach już się z niej nie wydziela.

Szczotka kosztowała 44,90 zł, więc sporo, ale zdecydowanie poprawia mi humor. Uśmiechnięta buźka, błyszczące policzki i cudowny kształt sprawiają, że czesanie włosów jest jakby przyjemniejsze. Szczotka idealnie pasuje do kształtu dłoni, a wypustki są elastyczne - nie plączą włosów, ani nie sprawiają, że włosy się elektryzują.

Jestem z niej bardzo zadowolona, mimo, iż efekt zapachowy jest jedynie chwilową przyjemnością :)
Copyright © 2016 eddieegger , Blogger