Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 czerwca 2018

Przygotowanie skóry i włosów do lata z marką NaturalME

Przygotowanie skóry i włosów do lata z marką NaturalME


Lato w tym roku przyszło do nas dużo wcześniej, niż przyzwyczaiło nas do tego przez ostatnich kilka lat. Upały i ostre słońce to coś, do czego powinniśmy się odpowiednio wcześniej przygotować, żeby nie narażać się na zniszczenia skóry i włosów. Świetnie, jeżeli dbamy o siebie przez cały rok – jemy świeże owoce i warzywa, czy pijemy przygotowywane przez siebie soki i koktajle. To wpływa na kondycję całego naszego organizmu, a nie tylko organów, które mamy wewnątrz.
Nie mniej jednak działanie od zewnątrz jest równie ważne, dlatego aby mieć piękną i gładką skórę, a także zdrowe włosy, potrzebujemy złuszczania, nawilżania i wszechobecnej pielęgnacji.
Chcę wam opowiedzieć o moim przygotowaniu do lata, w którym pomogła mi marka NaturalME. Poznałam ją stosunkowo niedawno i od razu zakochałam się w tych naturalnych produktach z prostymi, kolorowymi naklejkami na opakowaniach, które uwielbiam.
Zacznijmy moją opowieść od włosów.


WŁOSY

Ich pielęgnację wzbogaciłam o dwie maski olejowe NaturalMe:
1. Maska do olejowania włosów, która jest mieszanką olejów: arganowego, kokosowego, migdałowego, lnianego, winogronowego, jojoba i z wiesiołka.

Co o masce pisze Producent?
"Unikalna mieszanka naturalnych olejów zapewnia głębokie nawilżenie i odżywienie. Nadaje im miękkość oraz gładkość. Włosy stają się rozświetlone i nabłyszczone. Starannie dobrany zestaw olejów intensywnie zregeneruje strukturę zniszczonych włosów."

Maska cudownie pachnie – wydaje mi się, że jakby malinami. Uwielbiam ją za to! Butelka wystarczyła mi na kilka tygodni aplikacji 2 razy w tygodniu. Na początku miałam wrażenie, że nie widzę żadnych efektów. Włosy niby były takie same jak bez olejowania. Wiecie co? Wydaje mi się, że przy produktach do włosów zbyt wiele od nich oczekujemy. Liczymy, że po kilku zabiegach nagle cofną się nasze zniszczenia mechaniczne, albo włosy cudownie odzyskają sprężystość i blask. A to przecież nie jest takie proste… Dowodem na działanie tego produktu była moja wizyta u fryzjera, podczas której Pani zachwycała się kondycją moich włosów i pytała, co zmieniłam w ich pielęgnacji od naszego ostatniego spotkania. Uświadomiła mi, że naprawdę widać różnicę! Kupiłam już drugą butelkę tej maski (jestem w połowie) i powiem wam, że naprawdę już teraz sama widzę i czuję różnicę. Moje włosy są gładkie i miękkie w dotyku.

Maskę kupicie TUTAJ w cenie 24,99 zł za 75 ml.

2. Maska do olejowania skóry głowy, która jest mieszanką: bursztynu, skrzypu polnego, rozmarynu, imbiru oraz olejów: chia, tamanu i arganowego.

Co o masce pisze Producent?
"Specjalnie dobrany zestaw naturalnych ekstraktów i olejków intensywnie pobudza wzrost włosów. Przeciwdziała ich wypadaniu. Kondycjonuje i regeneruje skórę głowy. Działa przeciwzapalnie i łagodzi podrażnienia. Zauważalnie zmniejsza łojotok i łupież."

Maska do olejowania skóry głowy pachnie już typowo jak olej. Bardzo dobrze się ją aplikuje – nie spływa na włosy, więc spokojnie mogę stosować obie maski na raz. I tak właśnie robię. Czy coś z moją skórą głowy się zmieniło? Na pewno tak. Zauważyłam przedłużenie świeżości włosów o pół dnia w stosunku do tego, jak było przed rozpoczęciem olejowania skóry głowy. To i tak duży sukces, więc maskę oceniam pozytywnie. Włosy są jakby mocniejsze i faktycznie mniej ich wypada podczas mycia. Moja fryzjerka chwali regularnie szybki wzrost moich włosów i być może to zasługa wlaśnie tej maski.

Maskę kupicie TUTAJ w cenie 32,99 zł za 75 ml.

Obie maski stosuję oczywiście przed myciem włosów – nakładam je na około 20-30 minut na zwilżone włosy (hydrolatem roślinnym, żelem aloesowym albo odżywką w spray’u), po czym myję głowę jak zwykle.


TWARZ I CIAŁO

O skórę mojej twarzy i całego ciała dbają cztery produkty NaturalME, które są częścią nowości marki, dlatego nie mogłam się oprzeć sięgnięciu po nie. Większość tych produktów jest z rodzaju tych, których używa się nie tylko do twarzy, ale również do ciała i włosów, dlatego opowiem o ich szerszym zastosowaniu.

PEELING DO CIAŁA

To produkt, od którego powinnyśmy rozpocząć pielęgnację skóry. Kiedy już zadbamy o pozbycie się martwego naskórka, możemy śmiało przystąpić do regeneracji, nawilżania i pełnej pielęgnacji. Co takiego ma w sobie karmelowy peeling solny z aktywnym węglem od NaturalME, że jest idealny do stosowania przed nadejściem upalnego lata? Przede wszystkim zapewnia skórze nie tylko starcie martwego naskórka, ale także detoks i dogłębne oczyszczanie. A to wszystko zasługa właśnie aktywnego węgla, który ma między innymi właściwości bakteriobójcze - wniknie w każde włókienko skóry i oczyści je ze złogów niepożądanych substancji. Olejek arganowy i masło shea łagodzą podrażnienia i natłuszczają skórę.


Peeling pachnie cudownie – od tego trzeba zacząć. Słodkim karmelem, który ma się ochotę dosłownie pożreć! Ja go uwielbiam. Jest czarny od węgla, ale nie pozostawia na skórze ciemnego osadu po dokładnym spłukaniu ciała. Świetnie się nakłada, bo dzięki zawartości olejków dosłownie sunie po skórze – pod wpływem ciepła naszego ciała naprawdę pięknie ją natłuszcza.
Pamiętajcie jednak, że jest to peeling solny, więc jest dość ostry. Nie stosujcie go od razu po opalaniu, bo możecie dodatkowo podrażnić skórę. Ja używam go wtedy, kiedy moja skóra jest w dobrej kondycji, czyli kilka dni po opalaniu lub przed tym planowanym. Po użyciu peelingu skóra jest pachnąca i gładka, a co za tym idzie, świetnie wchłania produkty pielęgnacyjne. Dla mnie to produkt na duży plus.

Peeling kupicie TUTAJ w cenie 31,99 zł za 200 ml.


OLEJE

1. Olej z pestek (nasion) malin. Producent pisze, że łagodzi podrażnienia i regeneruje naskórek. W zeszłym roku dowiedziałam się, że olej z nasion malin jest najlepszym, naturalnym filtrem przeciwsłonecznym, jaki dała nam Matka Natura. Jego ochrona sięga nawet 50 SPF, dlatego właśnie nie rozstaję się z nim w słoneczne dni. Kiedy wiem, że będę zażywać kąpieli słonecznych, albo przebywać długo w nasłonecznionym miejscu, smaruję się olejkiem od stóp do głów. Dosłownie. Jeśli nie mam na sobie makijażu, to zaczynam od twarzy. Jeśli jednak mam makijaż, zawsze stosuję krem BB z filtrem – pamiętajcie o tym! Wtedy olejek malinowy nakładam na całe ciało, a wcześniej dodaję kilka kropli do maski po myciu włosów, bo one również potrzebują ochrony przed silnym promieniowaniem słonecznym. Odkąd stosuję ten produkt w taki właśnie sposób, zauważyłam, że moja opalenizna jest zupełnie inna. Jestem mniej różowa, a bardziej śniada, a zaczerwienienia, jeśli już są, szybciej brązowieją. Jeśli nawet przesadzę z kąpielą słoneczną, objawy poparzenia, takie jak pieczenie czy swędzenie skóry, są dużo mniej odczuwalne – dlatego wiem, że moja skóra jest dużo bardziej bezpieczna. Nie wyobrażam już sobie lata bez tego produktu!

Olejek kupicie TUTAJ w cenie 26,99 zł za 50 ml.

2. Olej z pestek truskawek. Producent zaleca stosowanie jeśli potrzebujemy regeneracji, ochrony i nawilżenia - szczególnie skóry dojrzałej, zniszczonej i przesuszonej.
To świetny produkt do uzupełnienia zastosowania olejku z nasion malin, który nas chroni – ten z pestek truskawek wzmocni jego działanie po opalaniu. Ja go tak właśnie stosuję i czuję, jak moja skóra jest ukojona i nawilżona. Kiedy mam od czasu do czasu możliwość skorzystania z wanny, dolewam łyżkę tego Olejku do wody i nie mam tak podrażnionych nóg, jak to zwykle bywa u mnie właśnie po kąpieli lub tym bardziej po depilacji.

Olejek kupicie TUTAJ w cenie 26,99 zł za 50 ml.

Oba olejki pachną po prostu jak oleje. Z nasion malin jest żółty, a z pestek truskawek zielonkawy. Znajdują się w szklanych butelkach z pipetą i są bardzo wygodne w użytkowaniu. Świetnie się je aplikuje na skórę i wchłaniają się raczej dobrze, choć będąc na plaży, nakładam grubą warstwę, żeby zapewnić sobie ochronę, więc pozwalam sobie wtedy na tę tłustą warstwę :)


HYDROLAT ALOESOWY

Wow! Tak – od tego słowa musiałam zacząć. Kiedy zobaczyłam, że w sklepie NaturalME pojawiły się hydrolaty, to zwariowałam. Ja je dosłownie uwielbiam. Zawsze mam w łazience kilka rodzajów. Aloesowego nie miałam nigdy, a teraz już wiem, że jest to produkt, którego potrzebowałam od zawsze!

"Naturalne woda aloesowa otrzymywana jest w procesie destylacji wysokiej jakości liści aloesu. Jest bogata w witaminy i mikroelementy. Wykazuje skuteczne działanie nawilżające i kojące. Chroni i regeneruje naskórek. Pobudza produkcję kolagenu. Dzięki wysokiej zawartości antyoksydantów chroni skórę przed wolnymi rodnikami i zapobiega wczesnemu jej starzeniu."

Hydrolat zamknięty jest w plastikowej butelce z atomizerem, który wytwarza przyjemną mgiełkę. A wiecie jak cudownie pachnie? Kocham go! Na co dzień trzymam go w lodówce i odświeżam (i przy okazji schładzam) nim ciało, twarz i włosy w ciągu dnia. Pamiętacie, jak napisałam, że maskę olejową nakładam na włosy zwilżone hydrolatem? Ten nadaje się do tego idealnie!
Hydrolat aloesowy zabieram ze sobą również na plażę – chłodzę nim ciało, twarz i odświeżam włosy, a przed ubraniem się dokładnie spryskuje całe ciało, które otrzymuje ogromną dawkę ZŁAGODZENIA objawów długiego przebywania na słońcu. Hydrolat świetnie nadaje się również do stosowania po prysznicu, który bierzemy zaraz po powrocie np. z plaży – spryskane nim ciało nie tylko odetchnie, ale także będzie lepiej wchłaniało balsam, czy olejek.

Hydrolat kupicie TUTAJ w cenie 21,99 zł za 125 ml.

W sierpniu planuję urlop i wiele wskazuje na to, że uda mi się wybrać na zagraniczne wakacje. Nie wyobrażam sobie wyjazdu bez olejków i hydrolatu NaturalME. Na pewno wylądują w mojej walizce, a w łazience zagoszczą na długi czas!

Poza oficjalnym sklepem marki, te oraz inne produkty (glinki, olej kokosowy, masło shea) kupicie w moim ukochanym sklepie Krem de la Krem, a stacjonarnie w sieci Super-Pharm.

środa, 18 kwietnia 2018

Mydło dla dzieci YOPE i zachwyty blogerów nad tym produktem - czy są uzasadnione?

Mydło dla dzieci YOPE i zachwyty blogerów nad tym produktem - czy są uzasadnione?

Kiedy zobaczyłam serię mydeł dla dzieci marki YOPE, w pięknych opakowaniach z uszkami i buźkami - zwariowałam. Wiele razy podkreślałam, że dla mnie opakowania są niezwykle ważne i niestety bardzo łatwo jest mnie nimi skusić. Jako, że markę YOPE znam i uwielbiam już od dłuższego czasu, posiadanie choćby jednego produktu z tej serii było dla mnie oczywiste. Na co dzień używam klasycznych mydeł do mycia rąk YOPE i przetestowałam już wszystkie warianty zapachowe.
Wśród mydeł dla dzieci najbardziej oczarowało mnie połączenie KOKOS I MIĘTA. Bardzo chciałam je mieć i bardzo mocno ucieszyłam się, kiedy dostałam je w paczce świątecznej przed Wielkanocą.
Mydło - tradycyjnie już - ma bardzo przyjazny dla skóry skład. 94 % składników tego produktu jest pochodzenia naturalnego lub o niskim stopniu przetworzenia.

Co mówi Producent?
Delikatne mydło dla dzieci w płynie o zapachu kokos i mięta Działa antybakteryjnie, nawilżająco, a przede wszystkim jest delikatne dla wrażliwej skóry dziecka. 
Jednymi z głównych składników są kokos i mięta, które mają właściwości przeciwgrzybiczne oraz antybakteryjne. Oprócz tego mydło dla dzieci zwiera witaminę B5 oraz alantoinę, które mają działanie łagodzące.

A co myślę ja?
Opinię o opakowaniu mamy już za sobą - jest absolutnie przefantastyczne!
Skład? Mam wrażenie, że bywało lepiej, ale marka jeszcze nigdy mnie nie zawiodła, więc dałam duże wotum zaufania.
Konsystencja - mydło jest przezroczyste, średniogęste. Bardzo lekko się pieni. Czy pienienie się jest potrzebne podczas mycia dłoni? Dla mnie raczej nie, więc w tym przypadku większych minusów nie zanotowałam.
Zapach. Tutaj zaczynają się schody. Po pierwsze - mięty nie czuję wcale, ani w przewadze, ani nawet w dalekim tle. Po drugie - kokos. Czy to kokos, czy to wanilia? Sama nie wiem. Nie mniej jednak zapach jest przeokropnie sztuczny. Naprawdę bardzo chemiczny. Pierwszy raz w przypadku mydeł YOPE jestem zawiedziona. Bardzo.
Działanie - mydło dobrze myje i nie przesusza skóry. Nie podrażnia i nie wywołuje zaczerwienienia.

Podsumowanie. Mydło spełnia swoją rolę, opakowanie jest nie tylko ładne, ale i poręczne - mieści się bez problemu na mojej mikroskopijnej umywalce. Niestety zapach totalnie je skreśla z mojej listy produktów goszczących w łazience na stałe.

Marka YOPE wypuściła właśnie nową serię "kwiat lipy", w której pokładam ogromne nadzieje. Wierzę, że uda mi się przetestować te produkty i że pomogą mi odzyskać zaufanie do marki, bo niestety zostało delikatnie nadszarpnięte.
Jeżeli miałyście okazję poznać już "kwiat lipy" - koniecznie dajcie znać!

wtorek, 3 kwietnia 2018

NOWOŚĆ - lato zamknięte w opakowaniach żeli pod prysznic Le Petit Marseillais

NOWOŚĆ - lato zamknięte w opakowaniach żeli pod prysznic Le Petit Marseillais

Kiedy zobaczyłam zapowiedź nowych żeli pod prysznic marki Le Petit Marseillais, która była owiana lekką tajemnicą - zapachy nie były od razu ujawnione - pomyślałam sobie: "eee, tym razem zapachy nie dla mnie. Zielony na pewno będzie limonkowy, a fioletowy lawedowy". Obejrzałam reklamę i zapomniałam. Podczas przedświątecznych zakupów w Biedronce zobaczyłam te piękne, kolorowe opakowania na półce z żelami pod prysznic. Nie byłabym sobą, gdybym nie rzuciła się na nie z moimi ciekawskimi łapkami. Pierwszą chwyciłam fioletową butelkę. Otworzyłam i pomyślałam: "Wow! Ale owoc!" Nawet się nie zastanawiałam biorąc szybciutko wariant zielony. Kiedy zanurzyłam w nim swój nos - przepadłam. Oba zapachy wylądowały w moim koszyku i ekspresowo również na moim ciele. Jeżeli jeszcze nie wiecie, jakie zapachy goszczą wśród nowości - zapraszam! Już zdradzam wam tę tajemnicę :)


GRUSZKA

Ten zapach spowodował, że naprawdę się rozpłynęłam. To jeden z najbardziej realistycznych zapachów gruszki, z jakim miałam do czynienia w kosmetykach i jednocześnie jeden z najlepiej odwzorowanych zapachów spośród wszystkich znanych mi produktów LPM. Żel ma klasyczną konsystencję - przezroczystą, żelową, o lekko zielonej barwie. Świetnie się pieni i roztacza na ciele i wokół cudowny, owocowy zapach. Naprawdę ma się go ochotę zjeść. Opakowanie - prostokątne - to zdecydowanie mój ulubiony wariant wśród żeli tej marki. Zawsze go lubiłam i od razu kojarzy mi się właśnie z LPM. Desing naklejki również do mnie przemawia - prosty, ale mimo wszystko urozmaicony, jeśli porównać go z poprzednikami.
Duży plus!


JEŻYNA

Ten zapach również mnie oczarował. Jest kapitalnie owocowy! Nie jestem pewna, czy czuję w nim tylko jeżynę, czy może też inny owoc, ale na pewno zapach jest rewelacyjny! Tutaj konsystencja jest już kremowa, czyli taka, jaką ja preferuję. Mam wrażenie, że kremowe warianty żeli pod prysznic LPM lepiej się pienią i pozostawiają zapach na skórze na dłużej. Kolor opakowania jest przepiękny! Design, tak jak w przypadku gruszki, bardzo mi odpowiada. W tym przypadku również widzę same plusy :)

Żele kosztowały 4,99 zł za sztukę - kochane LPM, czy to nie za mało, jak na takie cudo? <3 Na opakowaniu znajdziemy informację, że owoce wykorzystane do produkcji żeli są zbierane ręcznie. Jeżeli to prawda, to jest czym się zachwycać!

Markę Le Petit Marseillais znam od wielu lat - już kilka razy zostałam wybrana ambasadorką marki. Niezależnie, czy nią byłam, czy też nie, w moim domu zawsze goszczą żele pod prysznic LPM, bo najzwyczajniej w świecie je lubię. Tym razem również się nie zawiodłam i na pewno sięgnę po kolejne nowości.

czwartek, 22 marca 2018

Be The Sky Girl - odlotowy mus do ciała, który pokochała moja skóra!

Be The Sky Girl - odlotowy mus do ciała, który pokochała moja skóra!

W zeszłą sobotę miałam przyjemność gościć w Gdańsku na targach kosmetyków naturalnych (i nie tylko!) Ekocuda. Było wspaniale - uzupełniłam zapasy o kilku moich ulubieńców, ale również poznałam nowe marki, o których nigdy nie słyszałam, bądź czytałam o nich mnóstwo opinii i recenzji, ale nie miałam okazji poznać ich na własnej skórze.

Tak właśnie było z marką Be The Sky Girl, którą poznałam dzięki sklepowi internetowemu Krem de la Krem. To tam zobaczyłam je pierwszy raz i to dzięki relacjom z testów dziewczyn zapragnęłam sama poznać te produkty.

Co ujęło mnie na samym początku?
Po pierwsze, MADE IN POLAND. Uwielbiam wspierać polskie marki, tym bardziej, jeśli mają do zaoferowania coś naprawdę ekstra. W tym przypadku zdecydowanie tak jest.
Po drugie, chwytliwa nazwa marki. Która z nas nie chciałaby być "Sky Girl"? To brzmi może nieco górnolotnie, ale hej, przecież musimy mieć pewność, że jesteśmy warte choćby gwiazdki z nieba!
Po trzecie, ciekawe opakowania z mnóstwem napisów. Lubię, kiedy na opakowaniu dużo się dzieje. Tu mnie macie!
Po czwarte, a pewnie najważniejsze, świetne składy, niemalże w 100 % naturalne. Moja skóra zdecydowanie to kocha!

Czego dowiemy się ze strony internetowej Be The Sky Girl?

Kim jest Sky Girl? 
SKY GIRL to KOBIETA, która wie, czego chce, i ma odwagę, by po to sięgać. Jest niezależna, podejmuje własne decyzje, a jednocześnie ma serce otwarte na świat. Emanuje energią, pasją i mocą sprawczą, co czyni ją piękną i seksowną - po prostu. Jest kobieca, delikatna i wrażliwa, a zarazem silna i decyzyjna.
Codziennie spotykamy Sky Girls na swojej drodze – mamy wrażenie, że jest ich mnóstwo, tylko nie wiedzą, że mogą być inspiracją dla innych. Swoją postawą i działaniem dają energię, pokazują, że można – są zwykłe i niezwykłe zarazem!
I bynajmniej nie chodzi o to, że są idealne pod każdym względem – bo idealne istnieje tylko w bajkach, a poza tym jest nudne. Sky Girls są SOBĄ. 
 

Ja to kupuję. Serio! Uwielbiam, kiedy na stronie internetowej marki, czy sklepu, zobaczymy słowa, które są kierowane bezpośrednio do nas - klientek - prosto z serca. Na stoisku Be The Sky Girl na targach też dało się wyczuć tę pozytywną energię i zaangażowanie w tworzenie świetnej marki. 

Na co się wc zdecydowałam? Sprawdźcie!  



BODY MOUSSE - SWEET LIFE

Wybrałam mus do ciała, którym potencjalne klientki były zachęcane do odwiedzenia stoiska. Przemiły Pan "częstował" każdą z nas odrobinką musu, którym pachniało dookoła stoiska! Moja przyjaciółka uznała, że mus pachnie jak kisiel i faktycznie, coś w tym jest! Ale od początku. Sprawdźmy, czego o tym produkcie dowiemy się ze sklepu internetowego By The Sky Girl.

Jestem musem łączącym w sobie masła shea i mango z olejami babassu, ryżowym i chia oraz słodką nutą czerwonych owoców. Dopieszczę Twoją skórę po kąpieli czy w trakcie odprężającego masażu. Sięgaj po mnie zawsze wtedy, gdy będziesz potrzebowała odrobiny relaksu. Jak pachnę? Jak beztroska i wakacje - malinowe chwile zapomnienia i porzeczkowe tajemnice. Słodycz i świeżość letnich, czerwonych owoców doprawiona delikatną, zmysłową nutą wanilii. Viva sweet life!

Brzmi ciekawie? Zapewniam, że jest pysznie! Masło shea i zawarte w musie oleje odpowiadają za nawilżenie i wygładzenie skóry, ale mnie głównie oczarował olej z mango, który ma działanie regenerujące nawet najbardziej przesuszoną skórę i jest w świetny w gojeniu niewielkich ran i podrażnień, dlatego nie będę bała się stosować go tuż po goleniu nóg. Z resztą, co ja wypisuję, przecież już to zrobiłam i moja skóra była niezwykle gładka i niepodrażniona <3 A zapach? Producent mówi o malinach i porzeczkach, ale ja czuję kisiel żurawinowy - naprawdę! Słodki, intensywny i wspaniały.

Opakowanie, w którym znajduje się mus, dodatkowo pakowane jest do plastikowej, zamykanej na klik torebki, na której znajdziemy wszystkie najważniejsze informacje dotyczące produktu - jestem sroką, to również mnie kupiło.



Konsystencja musu jest idealna - puszysta i nie tłusta. Większość musów, jakie miałam okazje używać, pod wpływem ciepła skóry oraz tarcia zmienia się w olejek. Lubię ten efekt, ale tylko na noc, kiedy nie muszę za chwilę się ubierać. Przy tym produkcie mamy idealne nawilżenie i wygładzenie skóry, ale nie ma na niej żadnego tłustego filmu. Muszę też dodać, że mus ma w sobie wspaniałe, delikatne drobinki złota! Wiecie - nienachalne, nie brokatowe, ale sprawiające, że nasza skóra błyszczy, a my czujemy się jak milion dolców. Nie mogę się doczekać lata, kiedy odsłonię nogi i ręce, będę zachwycać wszystkich zapachem, a moja skóra osiągnie efekt bling bling!

Mus Be The Sky Girl to moje totalne odkrycie. Zdecydowanie jest wart swojej ceny. Gdzie go kupicie?

Oczywiście w oficjalnym sklepie internetowym Be The Sky Girl ---> KLIK
lub podczas zakupów na Krem de la Krem ---> KLIK

Ceny są takie same - za 100 ml produktu zapłacimy 47 zł.

środa, 13 grudnia 2017

Przegląd mydeł do twarzy, dłoni i ciała idealnych na okres zimowy i świąteczny

Przegląd mydeł do twarzy, dłoni i ciała idealnych na okres zimowy i świąteczny

Pomyślałam sobie ostatnio, że być może wiele z was, tak jak ja, uwielbia dostosowywać zapachy codziennych kosmetyków do obecnej pory roku i do panujących wokół nastrojów. Jako, że w moim codziennym oczyszczaniu twarzy królują naturalne mydełka i mam ich dość sporo, postanowiłam wybrać te, które "pachną świętami" i zestawić je z mydłami do mycia dłoni i ciała i troszkę wam o nich opowiedzieć. Mam nadzieję, że ten post wam się spodoba i że czytając go, poczujecie te przepiękne zapachy, które teraz krążą wokół mnie <3

To jak, gotowe? Zaczynamy!




Absolutny bestseller wśród zimowych produktów w ostatnim czasie. Bardzo trudno jest go dostać stacjonarnie, co odczułam na własnej skórze. Na szczęście sklep internetowy Krem de la Krem nigdy nie zawodzi i udało mi się je zamówić. Zimowe mydło w płynie marki YOPE zawiera w składzie 93 % składników pochodzenia naturalnego oraz o niskim stopniu przetworzenia. Łączy w sobie zapachy: migdałów, kokosa, cynamonu i pomarańczy. Ja czuję w nim marcepan. Zdecydowanie migdał przeważa w zapachu, dlatego jeśli lubicie marcepanowe nuty zapachowe, ten produkt na pewno się wam spodoba. Warto wspomnieć, że zimowe mydło YOPE nie zawiera parabenów, silikonów i składników pochodzenia zwierzęcego. Wzbogacone jest o drogocenne olejki - ze słodkich migdałów i orzechów makadamia, więc nie tylko myje, ale i pielęgnuje naszą skórę.


Naturalne mydło Hagi Cosmetics z przyprawami korzennymi otrzymałam w prezencie do zamówienia w sklepie Krem de la Krem. Pachnie naprawdę przepięknie! To kwintesencja zapachów świątecznych. Czuć w nim przede wszystkim cynamon, który uwielbiam. Mydełko produkowane jest ręcznie, metodą na zimno. Do jego przygotowania użyto kilka olejów roślinnych, a zapach wzbogacono olejkami eterycznymi z cynamonowca, pomarańczy i mandarynki. Mydło naturalnie peelinguje skórę - jeśli nie jest ona bardzo wrażliwa, śmiało można użyć mydła do umycia twarzy. Zapach jest tak energetyzujący, że chciałabym się nim otulać bez przerwy!


Mydło organiczne goździk z kawą L'Orient z Mydlarni u Franciszka dostałam w światecznej paczuszce. Bardzo się z niego ucieszyłam, bo naprawę uwielbiam naturalne mydła, w szczególności te, którymi można myć twarz. Kawa i cynamon rozgrzewają skórę i działają antycellulitowo, co sprawia, że mydło jest idealne do mycia ciała. Goździk z kolei to silny antyoksydant, więc świetnie sprawdzi się również w pielęgnacji twarzy. W zapachu zdecydowanie przeważają goździki :)


Mydło "Gładka Czekoladka" ze sklepu internetowego Lawendowa Farma to już inna bajka w kwestii zapachu. Nie mniej jednak dla mnie to również te nuty, które kojarzą się z rozgrzewającym prysznicem podczas mroźnej zimy. Jest to połączenie czekolady i pomarańczy. Mydło pachnie tak smakowicie, że ma się ochotę je zjeść! Wytwarzane jest ręcznie, metodą na zimno, na bazie oliwy z oliwek z dodatkiem innych drogocennych olejów, takich jak chociażby kokosowy. Do wyprodukowania mydła użyto prawdziwego kakao, wanilii i olejku pomarańczowego - to właśnie one odpowiadają za ten cudowny zapach!
Mydeł z Lawendowej Farmy używam od wielu lat, bo mają jedne z najlepszych składów jakie kiedykolwiek widziałam w kosmetykach. To mydło jest najbardziej naturalne spośród wszystkich opisywanych w tym poście.

Dajcie znać, czy lubicie naturalne mydła i jakie są wasze ulubione kosmetyki o zapachach zimowych i świątecznych :)

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Projekt DENKO - #listopad'17

Projekt DENKO - #listopad'17

Moje denko jest w tym miesiącu nieco spóźnione - czasami już sama nie wiem, w co włożyć ręce. Mnóstwo pracy, do tego świąteczne przygotowania. Wciąż brakuje mi na coś czasu. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko przeczytacie ten post z przyjemnością :)

Denko listopadowe nie jest tak pokaźne jak październikowe - uprzedzałam, że tamta ilość była przypadkowa, nie pożeram kosmetyków! Tym razem zużyłam dość sporo produktów z kolorówki, dlatego mimo wszystko ten post będzie nieco inny niż ten z ubiegłego miesiąca.

Zapraszam!


KOLORÓWKA
Najważniejszym produktem z tej kategorii, o którym chcę wam opowiedzieć, jest podkład Pierre Rene Skin Balance, który uwielbiam. Używam go od około 2 lat i nie potrafię się z nim rozstać. Jest to podkład dość mocno matujący, ale ma jedną wspaniałą cechę - nie tworzy na twarzy efektu maski i idealnie wtapia się w skórę. Bardzo często, kiedy na mojej twarzy pojawią się jacyś nieproszeni goście, na czoło nakładam dodatkową warstwę podkładu. Krycie jest wtedy idealne, a moja twarz wciąż wygląda naturalnie! Ja używam numeru 21. Dwudziestka jest prawie że biała - idealna dla bladzioszków. Bardzo często słyszę opinie i sama z resztą też tak uważam, że mimo wszystko kolorystyka podkładów jest dość dziwna - w takim sensie, że jest duża rozbieżność pomiędzy kolejnymi odcieniami/numerami. Dla mnie zimą idealnie byłoby mieszać ze sobą 2 kolory - 20 i 21, ale radzę sobie z tym, który mam :) Podkład nigdy mnie nie zapchał i mimo mojej bardzo tłustej skóry nie ściera się do zera po całym dniu, jak inne testowane przeze mnie podkłady. To mój zdecydowany must have.
Brązowego tuszu do podkreślania brwi WIBO również używam już dość długo. Przyciemnia moje włoski, ale nie tworzy skorupy na brwiach. Bardzo lubię ten efekt. Tym razem jednak zdradziłam WIBO i korzystając z promocji w Hebe kupiłam tusz Bourjois. Również sprawdza się świetnie.
Oba tusze do rzęs, które udało mi się zużyć w listopadzie, czyli WIBO i L"oreal, to dla mnie dwa bubelki. Pierwszy dostałam, był totalnie suchy, kruszył się i ledwo zaznaczał brwi. Drugi kupiłam z ciekawości i się zawiodłam. Moje rzęsy po użyciu były krótkie, cienkie i szybko opadały. Wiernie wróciłam do mojej ukochanej złotej beczułki od Eveline.


MASKI DO TWARZY
Recenzję zarówno wszystkich czterech masek Tony Moly ---> KLIK jak i maseczek dyniowych Too Cool For School, ---> KLIK znajdziecie w poprzednich postach na moim blogu :)  
Maseczkę z banankiem dostałam w prezencie - zauroczyło mnie opakowanie - jest jakby w 3D. Płachta była czarna i bogato nasączona serum o zapachu zielonej herbaty. Serum bardzo dobrze się wchłonęło. Z użyciem tej maseczki zbiegło się moje uczulenie, ale nie wydaje mi się, żeby to ona zawiniła, bo podrażnienie utrzymuje się zbyt długo jak na maskę. Znam już swoją skórę i wiem na co i w jaki sposób reaguje. Dlatego więc maskę oceniam pozytywnie.


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI TWARZY
Moim numerem jeden spośród produktów na zdjęciu jest oczywiście lawendowa mgiełka do twarzy Fitomed. Jej recenzja również znajduje się na blogu ---> KLIK. Jak tylko zużyję wodę różaną, na pewno wrócę do tej mgiełki. 
Żel do mycia twarzy Organique to miniatura z akcji promocyjnej - żele rozdawane były za darmo. Polubiłam się z nim, dobrze mył i nie podrażniał skóry, ale nie kupiłabym pełnowymiarowego opakowania. Mimo wszystko moim zdaniem cena jest zbyt wysoka.  
Pastę do zębów Ecodenta z węglem kupiłam zachęcona pozytywnymi opiniami krążącymi w Internecie. Faktycznie już po kilku użyciach widziałam, że osad znika, dzięki czemu moje zęby stawały się widocznie bielsze. Niestety miałam też wrażenie, że wierzchnia warstwa jest ścierana zbyt mocno i moje zęby stały się okropnie wrażliwe.W końcu przestałam używać tej pasty niestety. Bałam się, że zrobię sobie krzywdę. Dokończył ją mój narzeczony, który był z niej zadowolony. 
Balsam do ust z witaminą C dostałam w prezencie. Pachniał i smakował mentolem, czuć było w nim lekarstwo. Bardzo dobrze nawilżał suche usta, ale był okropnie niewygodny w użytkowaniu i wylewał się ze słoiczka. Nie kupiłabym go mimo świetnego działania.


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI WŁOSÓW
Srebrny szampon profesjonalnej linii L'oreal kupiłam zachęcona z kolei przez fryzjerkę. Kolor moich włosów pozostawia wiele do życzenia i ten szampon faktycznie nieco go ochładzał. Był bardzo wydajny - używałam go przez kilka miesięcy. Zawsze równocześnie z jego użyciem nakładałam na włosy maskę połączoną z olejkiem, dlatego nie powodował przesuszenia włosów. Używałam go przy co drugim/co trzecim myciu włosów. To bardzo dobry produkt.  
Olejek Khadi stosuje się na szybszy porost włosów. To moja druga butelka i jestem zachwycona działaniem. Nakłada się go na całą noc, bądź na 1-3 godziny przed myciem włosów. Wtedy ma najlepsze działanie. Ja zazwyczaj stosowałam go na noc. Moje włosy bardzo szybko rosły, kiedy go używałam i pojawiło się mnóstwo baby hair. Zdecydowanie spełnia swoją rolę!


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI CIAŁA
Żel pod prysznic Balea o zapachu bahamas dream to produkt z edycji limitowanej. Kupiłam go latem, bo bardzo spodobał mi się zapach kokosa. Niestety, żele Balea mają to do siebie, że pięknie pachną, ale przez jakiś czas. Powinno się je zużywać na bieżąco. Ja niestety mam tendencję do otwierania kilku żeli pod prysznic jednocześnie i do używania ich na zmianę. Przez to po jakimś czasie żele Balea nabierają chemicznego zapachu. To chyba jedyny minus, bo same żele są świetne, opakowania cudowne, a cena niska.  
Próbkę żelu pod prysznic LPM użyłam jak zwykle, żeby móc ocenić możliwość przetestowania produktu właśnie w tej formie. Myślę, że w saszetce umieszczono odpowiednią ilość produktu. Więcej o żelu przeczytacie na blogu ---> KLIK :)

Dajcie znać, czy znalazłyście wśród tych produktów taki, który was zaciekawił. Grudniowe denko może się nie pojawić, albo połączyć siły ze styczniowym, ponieważ moje uczulenie nie mija za szybko i zużywam bardzo mało produktów, żeby nie obciążać skóry. Jeśli jednak inne produkty dobiją dna, to na pewno denko się jednak pojawi :)

wtorek, 28 listopada 2017

Odrobina lata zamknięta w butelce - soczysta truskawka od LPM

Odrobina lata zamknięta w butelce - soczysta truskawka od LPM

Jak według was pachnie lato? Dla mnie jego kwintesencją są świeże owoce - truskawki, maliny, borówki, arbuz. W podróż do świata truskawek tej jesieni zabrało mnie Le Petit Marseillais. Mam ogromną przyjemność być ambasadorką w kolejnej kampanii marki.

W paczce ambasadorskiej otrzymałam:
1. Pełnowymiarowy żel pod prysznic o zapachu truskawki
2. Zaparzacz do herbaty w kształcie truskawki
3. Zestaw próbek do podzielenia się z rodziną i przyjaciółmi
4. Przewodnik po słonecznych zapachach LPM
5. List dla ambasadorki <3

Całość jak zwykle wyglądała przepięknie - uwielbiam te brązowe kartony z logo marki w kolorze, który jest kolorem przewodnim danej kampanii - tym razem jest to oczywiście kolor czerwony.

Pierwszy przetestowany przeze mnie został żel pod prysznic.
Ma konsystencję typowego żelu - nie jest ona kremowa. Zapach zwala z nóg. To prawdziwie świeże truskawki, których smakiem upajamy się każdego lata. Nie jest ani trochę sztuczny, za co ogromny plus! Żel świetnie się pieni i otula zapachem lata całą łazienkę. Jedyne co mnie boli to fakt, że zapach nie utrzymuje się na ciele zbyt długo :( A chciałabym go zatrzymać "na sobie" przez wiele godzin.


Zaraz po żelu do testów pomknęła silikonowa truskaweczka, będąca zaparzaczem do herbaty <3 Herbatę uwielbiam, również tę liściastą, więc to idealny gadżet dla mnie. Zazwyczaj używam kubków z zaparzaczem (z metalowym sitkiem wkładanym do kubka) - taka wersja zaparzacza to dla mnie nowość. Truskaweczka świetnie poradziła sobie z zieloną herbatą i z melisą. Przez dziurki wydostały się jedynie te najmniejsze cząstki herbaty, które zostają na dnie również w przypadku kubków z zaparzaczem i jest to normalne - nie piszę o tym w kategorii minusów :) Do tego truskawka wygląda naprawdę uroczo - czego chcieć więcej? :)


Próbki już rozdałam koleżankom, mamie i zachęciłam do testów jeszcze kilka osób. Informacje zwrotne są przeważnie pozytywne, więc ten zapach naprawdę udał się marce Le Petit Marseillais.

A tak a propos truskawek... Używacie tych świeżych do swojej codziennej pielęgnacji ciała i twarzy? Jeśli nie, to przygotowałam dla was kilka ciekawostek z ich zastosowania i właściwości!

Truskawki są nie tylko pyszne, słodkie, czasem kwaśne, a więc idealne do deserów, ciast czy koktajli. Warto pamiętać, że truskawki są bogate w witaminę C, która z kolei pobudza naszą skórę do produkcji kolagenu i regeneracji. Po co wydawać więc miliony na kosmetyki z kolagenem i to jeszcze bardzo często zwierzęcym? Warto od czasu do czasu przygotować naturalną maseczkę!
A jaką? Te dwa przepisy poznałam dzięki książce "Sekrety urody Babuszki - słowiański elementarz pielęgnacji".

1. Minimalistyczna maska witaminowa
Składniki:
- świeże truskawki;
- sok z cytryny.
Truskawki blendujemy wraz z dodatkiem kilku kropli soku wyciśniętego z cytryny, po czym "papkę" nakładamy na twarz na około 15-20 minut. Zarówno truskawki, jak i cytryna, to kwasy, dlatego jeśli macie bardzo wrażliwą skórę, zrezygnujcie z dodatku cytryny, albo po zmyciu maski nałóżcie na twarz grubą warstwę żelu aloesowego :) Tak duża dawka witaminy C naprawdę od czasu do czasu jest potrzebna naszej skórze!

2. Rozświetlająca maseczka 2 w 1
Składniki:
- świeże truskawki;
- płatki owsiane;
- miód.
Wszystkie dodatki blendujemy. Powstałą maseczkę nakładamy na twarz na 15 minut. Płatki owsiane pozostawią grudki, dlatego podczas zmywania maseczki z twarzy, możesz delikatnie masować nią skórę. Dzięki temu nie tylko odzyska blask, ale także będzie gładka i idealnie oczyszczona. Ta maska sprawdzi się, kiedy Twoja skóra jest szara i zmęczona, np. po ciężkiej nocy :)


Koniecznie dajcie znać jak wy wykorzystujecie truskawki w swojej codziennej pielęgnacji!


czwartek, 2 listopada 2017

Projekt DENKO - #październik'17

Projekt DENKO - #październik'17

Jako, że mój blog dopiero raczkuje, jest to też mój pierwszy post z Projektu DENKO - nie wiem, czy lubicie posty tego typu, więc będę wdzięczna, jeśli dacie znać :) Jest to oczywiście denko październikowe - czy wy też nie możecie uwierzyć, że mamy już listopad? Dopiero zaczęły się posty o jesiennych niezbędnikach, a już za chwile wokół nas będą królować klimaty bożonarodzeniowe. Sama muszę się przyznać, że już rozglądam się za dekoracjami świątecznymi. Ale jeszcze w żółwim tempie, także wciąż upajam się jesienią, którą uwielbiam! :)


W moim październikowym zużyciu przeważają maski do twarzy, produkty w saszetkach i próbki. Próbek zużywam stosunkowo mało, ale w październiku dostałam kilka ciekawych w kosmetycznych paczuszkach i przy okazji mojej współpracy z Drogerią Laboo w Elblągu. Kiedyś bardzo często korzystałam z próbek kosmetyków, teraz jednak znudziło mi się to i zdecydowanie wolę wracać do sprawdzonych już produktów i ewentualnie testować te, na które naprawdę jestem zdecydowana.

Jesteście ciekawe moich opinii na temat zużytych w październiku kosmetyków? Zapraszam do lektury! :)


MASKI DO TWARZY
Maski, szczególnie w płachcie, to podstawa mojej pielęgnacji. Czy zużywam ich dużo? Nie wydaje mi się. Staram się aplikować maski w płachcie 1-2 razy w tygodniu, uzupełniając tę pielęgnację o maseczkę na noc raz w tygodniu i czasem o maskę kremową.
Wszystkie maski, zużyte w październiku (oprócz płatków pod oczy Pilaten), sprawdziły się u mnie bardzo dobrze. Nie wystąpiły żadne uczulenia, ani podrażnienia.
Maska nr 1 - A’PIEU Milk One-Pack kojąca mleczna maseczka z zieloną herbatą. Maska ukoiła moją skórę, nawilżyła ją i pozostawiła niezwykle gładką, bez tłustego filmu. Na plus :) Maskę kupicie między innymi w sklepie internetowym Krem de la Krem, w cenie 12,50 zł - KLIK.
Najsłabsza maska tego miesiąca - kolagenowe płatki pod oczy Pilaten, które nie robią zupełnie nic.



PRODUKTY W SASZETKACH I PRÓBKI
W części saszetkowo-próbkowej zawieruszyła mi się też połówka maski na noc marki JANDA, którą dostałam do przetestowania od koleżanki. Sprawdziła się dobrze, choć nie zauważyłam jakiegoś genialnego nawilżenia.
Z tego zestawienia ciężko było mi wybrać faworyta, ponieważ mamy tutaj produkty z kilku kategorii i ścierały się ze sobą między innymi maseczka do włosów na noc marki Sephora, próbka aloesowego szamponu Equilibra oraz próbka kremu BB Etude House, który ma bardzo fajny odcień i świetne krycie. Pozostanę jednak wierna swojej zachwalającej recenzji :)
Produkt w saszetce nr 1 - całonocna, kokosowa maseczka do włosów z czepkiem marki Sephora. Recenzję tego produktu przeczytacie na moim blogu - KLIK.

Najsłabszy produkt w saszetce - brak. Każdy z nich sprawdził się naprawdę świetnie. 



PRODUKTY DO PIELĘGNACJI TWARZY
Jest ich tutaj dość sporo. Od razu się tłumaczę - nie zjadam ich, ani nie wylewam do umywalki! To tylko zbieg okoliczności - naprawdę :) W przyszłym miesiącu na pewno będą pustki :)
Jak widzicie w pielęgnacji twarzy bardzo cenię jak najbardziej naturalne produkty. Część z nich mnie zachwyciła, a część zawiodła.
Produkt do pielęgnacji twarzy nr 1 - naturalna woda różana z Krymu. To najlepsza woda różana jaką miałam przyjemność testować. Jest to produkt w 100 % naturalny, gdyż woda otrzymywana jest z odparowywania róży damasceńskiej. Jest to więc czysty hydrolat. Woda ma dużą pojemność, rozpyla idealną mgiełkę i ma piękny różany zapach. Do tego tonizuje, nawilża i odświeża twarz. Ta woda to ideał! Kupuję ją w osiedlowym sklepie zielarskim.
Najsłabszy produkt do pielęgnacji twarzy tego miesiąca - płyn do demakijażu KORANA Grecka Oliwka. I piszę to z przykrością, bo miałam ogromne oczekiwania co do tego produktu. Ma świetny skład, rewelacyjną konsystencję, w której czuć oliwę. Zapowiadało się cudnie. Niestety płyn bardzo szczypie w oczy. Byłam w szoku, bo nigdy żaden płyn do demakijażu, żadna woda micelarna, żadne mleczko, dosłownie nigdy nic nie wywoływało u mnie pieczenia. Płyn zużyłam do końca, między innymi korzystając z niego przy zmywaniu makijażu ust, ale mimo wszystko nie polecam go :(



PRODUKTY DO CIAŁA I WŁOSÓW
Te powinny być zużywane najszybciej, ale u mnie idzie to dość opornie. A to dlatego, że pod prysznicem mam otwartych około 5-ciu żeli pod prysznic, 3 szampony, 2 maski do włosów i 3 odżywki. Nie wiem czy jest to normalne, w każdym razie próbuję się tego oduczyć. Mam nadzieję, że moje zapasy wkrótce zaczną znikać :)
Produkt z grupy do ciała i włosów nr 1 - pianka pod prysznic BILOU o zapachu oranżady. Jestem nią zachwycona! Marka Bilou oczarowała mnie opakowaniami. Kiedy dostałam w wymianie tę piankę, byłam zachwycona możliwością przetestowania jej. Po pierwsze - pianka jest niezwykle puszysta. Wspaniale myje się nią ciało. Po drugie - zapach jest bardzo intensywny i idealnie odwzorowany. To prawdziwa oranżada z bąbelkami! Bardzo się cieszę, że jest coraz więcej drogerii internetowych, które oferują asortyment dostępny w niemieckich drogeriach DM. Ja najczęściej kupuję w mojadrogeria, drogerianiemiecka, a coraz częściej kuszą mnie zakupy w franbaloon, bo u nich najszybciej pojawiają się nowości.
Najsłabszy produkt z grupy do ciała i włosów - odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany Sylveco. Czytałam mnóstwo rewelacyjnych recenzji tego produktu. Niestety moim włosom kompletnie nie pasował. Przede wszystkim jest dla mnie zbyt delikatny, przez co nie domywa dobrze włosów. To sprawiło, że zużywałam go trochę na siłę - podczas drugiego mycia używałam innego produktu.

Mam nadzieję, że dotrwałyście do końca i zainteresowałyście się choćby jednym produktem z mojego denka. Jeżeli chciałybyście dowiedzieć się czegoś więcej o którymkolwiek z produktów - pytajcie w komentarzach! Na pewno odpowiem na wszystkie wasze pytania :)

P.S. Jeżeli na moim blogu pojawi się magiczny 50 obserwator, zorganizuję rozdanie, w którym do wygrania będą między innymi kosmetyki, także zostańcie ze mną! :)

poniedziałek, 16 października 2017

Krem de la Krem - cudowny sklep z kosmetykami naturalnymi

Krem de la Krem - cudowny sklep z kosmetykami naturalnymi


Znacie sklep Krem de la Krem? Jeśli nie, koniecznie musicie nadrobić zaległości! To cudowne miejsce kierowane przez miłośników kosmetyków naturalnych - miejsce z duszą, z charakterem, nastawione na stuprocentowe zadowolenie każdego klienta. Każdy klient jest rozpieszczany nie tylko świetnie skompletowanym przez siebie zamówieniem, ale także prezentami, pięknym opakowaniem i całą oprawą otrzymywanej paczuszki. Pamiętam swoje pierwsze zamówienie - tę kokardkę, naklejki, pianki wypełniające, gratisy, liściki, kolorowe, błyszczące kwiatki, wypełniające kartonik. Czyż to nie jest dbanie o klienta z prawdziwego zdarzenia? Ja rozpływałam się nad samym opakowaniem zamówienia, a przecież przyszły do mnie świetne produkty z naturalnymi składami, a to kocham najbardziej!
Co jeszcze przyciąga do sklepu jak magnez? Możliwość dodawania wybranych produktów do swojej własnej WISHLISTY <3 Znacie to uczucie, kiedy kilka produktów chcielibyście mieć w swojej kosmetyczce czy w łazience, ale niekoniecznie w danym momencie możecie sobie pozwolić na zakup? Nic straconego! Po dodaniu produktów do swojej wishlisty, będą one tam na was czekać. Nie usuną się, nie znikną, a przy każdym odwiedzeniu sklepu będą wam o sobie przypominać <3 Ja korzystam z tej opcji namiętnie! Wciąż dodaję nowe produkty i wymieniam te, które już posiadam :)

Z czym przychodzę do was dzisiaj? Nie tylko z recenzją sklepu, ale z moją wygraną w konkursie zorganizowanym na Facebooku właśnie sklepu Krem de la Krem. Jeśli chcecie zobaczyć co wygrałam - zapraszam poniżej! Zadaniem konkursowym było wykonanie zdjęcia kosmetyków naturalnych w jesiennej aranżacji. Wciąż nie mogę wyjść z szoku, że to właśnie moja praca została wyróżniona! <3


Tak wyglądała moja nagroda <3 Mnóstwo cudowności nie tylko kosmetycznych. A samo opakowanie? Chyba widzicie, że nie kłamałam pisząc, że sklep nas rozpieszcza. Kolor pianek wypełniających i kokardy, którą opleciony był karton mnie oczarowały. Uwielbiam takie odcienie! Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek i słodkości - przepysznych krówek z logo sklepu. Dla takiego łasucha jak ja, nawet to było piękną niespodzianką :D Jeżeli zainteresowała was otrzymana przeze mnie paczka, poniżej znajdziecie opis każdego produktu :)


# MERMAID SALON absolutny, niekwestionowany hit Instagrama - pędzel do nakładania podkładów płynnych, korektorów i do konturowania twarzy w kształcie rybki. Marzyłam o nim od dawna i jak tylko zobaczyłam go w zestawie, który można było wygrać, poczułam ścisk w żołądku. Pędzel jest oczywiście w 100 % oryginalny, sprowadzany przez sklep Krem de la Krem prosto z Australii - nie mylmy z podróbami z Aliexpress! Pędzle występują w pięknych, błyszczących, tęczowych, syrenkowych kolorkach <3 Ja otrzymałam czarny, który jest również przepiękny! Jego matowe wykończenie powala!
Cena w Krem de la Krem: 68 zł
Kupicie TUTAJ


# MIYA My Wonderbalm I Love Me - krem odżywczy z olejkiem różanym, który kusił mnie od dawna - to własnie jeden z produktów, które szybko powędrowały na moją wishlistę w Krem de la Krem. Mnóstwo pozytywnych opinii, świetny skład - pokochałam kosmetyki różane miłością bezwzględną, bo tonizują, odżywiają i rozświetlają skórę, czyniąc ją aksamitnie miękką i pozbawiając niechcianych zaczerwienień. Krem testuję już kilka dni i muszę wam powiedzieć, że się na nim absolutnie nie zawiodłam. Ma gęstą konsystencję, ale świetnie się wchłania, nie pozostawiając ani lepkiej, ani tłustej warstwy. Po jego użyciu skóra w dotyku jest aksamitna, jak po nałożeniu bazy pod makijaż - kochacie to uczucie tak samo jak ja? <3 A zapach? Jest cudownie różany! Ten produkt to moje absolutne odkrycie!
Cena w Krem de la Krem: 29,50 zł / 75 ml
Kupicie TUTAJ


# YOPE regenerujący krem do rąk Imbir & Drzewo sandałowe. Markę YOPE znam i uwielbiam, cenię w niej to, że składy są niemalże w 100 % naturalne. Krem do rąk posiada akurat aż 98 % naturalnych składników. Posiadam w swojej kolekcji kremów do rąk wersję Herbata & Mięta i jestem w niej za-ko-cha-na! Świetnie nawilża, cudownie pachnie, a design opakowania jak zwykle zwala z nóg. Tego kremu jeszcze nie otworzyłam, ale zapach znam z innych produktów (mydeł i balsamów), więc mogę go wam śmiało polecić :)
Cena w Krem de la Krem: 29,50 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Body Boom małe opakowanie peelingu kawowego w wersji miętowej. Mam na wykończeniu pełnowymiarowy produkt i przyznaję, że znajduje się on na mojej liście niezbędników, ale na lato. Dlaczego? Bo zapewnia rewelacyjny efekt chłodzenia ciała. Sam peeling bazuje na kawie robusta i idealnie dobranych olejkach i składnikach pielęgnujących. Pomaga zwalczać cellulit i zmniejsza widoczność rozstępów. Czy warto posiadać go w swojej łazience? Jak najbardziej! Pełnowymiarowe opakowanie wystarcza na wiele aplikacji.
Cena w Krem de la Krem: 64 zł / 200 g
Kupicie TUTAJ


# Make Me BIO. woda różana 100 % naturalna. Mam ten produkt - był jednym z tych, które zamówiłam podczas swojej pierwszej wizyty w Krem de la Krem, zaraz po otwarciu. Ciekawostka: Byłam pierwszą klientką sklepu <3 Wody używam zamiast toniku oraz do rozcieńczania glinek. W obu rolach sprawdza się idealnie, bo ma właściwości tonizujące, nawilżające i odświeżające. Butelka posiada wygodny atomizer, który ułatwia aplikację wody. Na początku nie podobał mi się zapach, bo przypominał mi nieco goździki, których nie lubię, ale szybko się do niego przyzwyczaiłam i już mi nie przeszkadza, a nawet go polubiłam :)
Cena w Krem de la Krem: 14,90 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Cosnature regenerujący szampon do włosów z awokado i migdałami, który bardzo mnie ciekawi, bo naczytałam się o zbawiennych właściwościach awokado w kontekście dbania o włosy. Moje są w dość kiepskim stanie po kilkukrotnym rozjaśnianiu, więc z przyjemnością będę testować ten produkt! Przeznaczony jest do włosów suchych, zniszczonych i farbowanych, więc idealnie :)
Cena w Krem de la Krem: 17,90 zł / 200 ml
Kupicie TUTAJ


# It's Skin maseczka z wyciągiem z borówek i Vianek maseczka łagodząca z olejkiem kokosowym. Maseczka It's Skin w tej wersji to dla mnie nowość, ale używałam już inne maski tej marki i byłam zadowolona, więc bardzo się cieszę na kolejne testy :)  
Maseczka nie jest dostępna w Krem de la Krem.
Maseczka Vianka jest moją ulubioną z tej serii maseczek. Używałam wszystkich trzech i w tej się totalnie zakochałam. Jest to maska łagodząca, a moja skóra często bywa podrażniona, więc działanie ma dla mnie idealne. Polecam ją każdej z was, jeśli macie problemy z nadwrażliwością skóry. Maska jest na bazie białej glinki, więc jest niezwykle delikatna <3
Cena w Krem de la Krem: 5 zł / 10 g
Kupicie TUTAJ


# Korana Miodowy Dotyk bezwodne masło do ciała oparte wyłącznie na maśle Shea i naturalnych olejach roślinnych: migdałowym, winogronowym, z awokado oraz oliwie z oliwek. Skład jest re-we-la-cyj-ny! Jestem pewna, że ten produkt świetnie nawilża nawet bardzo suchą skórę. Zimą na pewno będę stosować go również na usta i dłonie. Jestem go bardzo ciekawa!
Cena w Krem de la Krem: 31 zł / 150 ml
Kupicie TUTAJ


# Born to Bio fiołkowy żel pod prysznic. Zarówno marka, jak i sam produkt to dla mnie nowość. Przyznam szczerze, że nigdy nie używałam niczego o zapachu fiołka, więc tym bardziej ciekawość mnie zżera. Żel musi jednak jeszcze troszkę poczekać, bo mam otwartych już kilka produktów pod prysznicem i muszę dotrwać do końca. Czas na uporządkowanie w tym temacie! :P
Cena w Krem de la Krem: 21,90 zł / 300 ml
Kupicie TUTAJ


# HAGI naturalne mydło ze skrzypem polnym, wyrabiane ręcznie metoda na zimno. Z jednego z poprzednich postów już wiecie, że uwielbiam naturalne mydła, które można stosować do twarzy. Skład tego jest dość "bogaty" w porównaniu do mydeł, których używam od lat, ale na pewno je wypróbuje. Zachęca do tego zawartość w składzie olejów roślinnych, maseł i skrzypu polnego. Jestem ciekawa, jak to cudo sprawdzi się na mojej skórze :)
Cena w Krem de la Krem: 18 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Muffin Stefan absolutnie przeurocza babeczka do kąpieli, w której się zakochałam i którą ciągle oglądam i macam. Mimo, że nie mam wanny, trzymam takie produkty na jakieś specjalne okazje - urlop, wyjazd służbowy. Często przebywam w hotelach, w których dostaję pokój z wanną i w takie właśnie podróże zabieram najlepsze cuda. Ta muffinka stała się od razu moim numerem 1 i już nie mogę się doczekać naszej wspólnej kąpieli <3
Muffinka nie jest dostępna w Krem de la Krem.


# Chłodząca maska na oczy w kształcie truskawek. Uwielbiam tego typu maski i mam ich w swoim zbiorze już kilka. Wkładam je na 15-20 minut do lodówki, a potem relaksuję się leżąc z nimi na oczach. Cudownie chłodzą i odświeżają skórę wokół oczu - jeśli jeszcze są tak piękne, jak te truskawy, to nie mam wątpliwości, że używanie ich to czysta przyjemność!
Maseczka nie jest dostępna w Krem de la Krem.


# O'Herbal odżywka do włosów w formacie podróżnym. Uwielbiam markę O'Herbal, posiadam w swoim zbiorze zarówno szampony jak i odżywki. Cieszę się niesamowicie, że mój ulubiony wariant będę teraz miała w miniaturowym opakowaniu, które mogę zabrać ze sobą w każdą podróż. To cudowny prezent do nagrody, która przecież sama w sobie i tak była prezentem! <3
Produkt ten jest często dodawany jako gratis do zamówienia :)
Produkty marki O'Herbal kupicie TUTAJ

Jak widzicie, wygrałam same wspaniałości. Nie mogę się doczekać, aż przetestuję wszystko. Jeszcze raz dziękuję całej Załodze Krem de la Krem za wyróżnienie mojego zdjęcia i za niezmiennie wspaniałe podejście do każdego klienta. Na koniec raczę was widokiem cudownymi kartek, które są dokładane do każdej paczki i również życzę wam miłego i pięknego dnia! :)


Copyright © 2016 eddieegger , Blogger