Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja włosów. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 czerwca 2018

Przygotowanie skóry i włosów do lata z marką NaturalME

Przygotowanie skóry i włosów do lata z marką NaturalME


Lato w tym roku przyszło do nas dużo wcześniej, niż przyzwyczaiło nas do tego przez ostatnich kilka lat. Upały i ostre słońce to coś, do czego powinniśmy się odpowiednio wcześniej przygotować, żeby nie narażać się na zniszczenia skóry i włosów. Świetnie, jeżeli dbamy o siebie przez cały rok – jemy świeże owoce i warzywa, czy pijemy przygotowywane przez siebie soki i koktajle. To wpływa na kondycję całego naszego organizmu, a nie tylko organów, które mamy wewnątrz.
Nie mniej jednak działanie od zewnątrz jest równie ważne, dlatego aby mieć piękną i gładką skórę, a także zdrowe włosy, potrzebujemy złuszczania, nawilżania i wszechobecnej pielęgnacji.
Chcę wam opowiedzieć o moim przygotowaniu do lata, w którym pomogła mi marka NaturalME. Poznałam ją stosunkowo niedawno i od razu zakochałam się w tych naturalnych produktach z prostymi, kolorowymi naklejkami na opakowaniach, które uwielbiam.
Zacznijmy moją opowieść od włosów.


WŁOSY

Ich pielęgnację wzbogaciłam o dwie maski olejowe NaturalMe:
1. Maska do olejowania włosów, która jest mieszanką olejów: arganowego, kokosowego, migdałowego, lnianego, winogronowego, jojoba i z wiesiołka.

Co o masce pisze Producent?
"Unikalna mieszanka naturalnych olejów zapewnia głębokie nawilżenie i odżywienie. Nadaje im miękkość oraz gładkość. Włosy stają się rozświetlone i nabłyszczone. Starannie dobrany zestaw olejów intensywnie zregeneruje strukturę zniszczonych włosów."

Maska cudownie pachnie – wydaje mi się, że jakby malinami. Uwielbiam ją za to! Butelka wystarczyła mi na kilka tygodni aplikacji 2 razy w tygodniu. Na początku miałam wrażenie, że nie widzę żadnych efektów. Włosy niby były takie same jak bez olejowania. Wiecie co? Wydaje mi się, że przy produktach do włosów zbyt wiele od nich oczekujemy. Liczymy, że po kilku zabiegach nagle cofną się nasze zniszczenia mechaniczne, albo włosy cudownie odzyskają sprężystość i blask. A to przecież nie jest takie proste… Dowodem na działanie tego produktu była moja wizyta u fryzjera, podczas której Pani zachwycała się kondycją moich włosów i pytała, co zmieniłam w ich pielęgnacji od naszego ostatniego spotkania. Uświadomiła mi, że naprawdę widać różnicę! Kupiłam już drugą butelkę tej maski (jestem w połowie) i powiem wam, że naprawdę już teraz sama widzę i czuję różnicę. Moje włosy są gładkie i miękkie w dotyku.

Maskę kupicie TUTAJ w cenie 24,99 zł za 75 ml.

2. Maska do olejowania skóry głowy, która jest mieszanką: bursztynu, skrzypu polnego, rozmarynu, imbiru oraz olejów: chia, tamanu i arganowego.

Co o masce pisze Producent?
"Specjalnie dobrany zestaw naturalnych ekstraktów i olejków intensywnie pobudza wzrost włosów. Przeciwdziała ich wypadaniu. Kondycjonuje i regeneruje skórę głowy. Działa przeciwzapalnie i łagodzi podrażnienia. Zauważalnie zmniejsza łojotok i łupież."

Maska do olejowania skóry głowy pachnie już typowo jak olej. Bardzo dobrze się ją aplikuje – nie spływa na włosy, więc spokojnie mogę stosować obie maski na raz. I tak właśnie robię. Czy coś z moją skórą głowy się zmieniło? Na pewno tak. Zauważyłam przedłużenie świeżości włosów o pół dnia w stosunku do tego, jak było przed rozpoczęciem olejowania skóry głowy. To i tak duży sukces, więc maskę oceniam pozytywnie. Włosy są jakby mocniejsze i faktycznie mniej ich wypada podczas mycia. Moja fryzjerka chwali regularnie szybki wzrost moich włosów i być może to zasługa wlaśnie tej maski.

Maskę kupicie TUTAJ w cenie 32,99 zł za 75 ml.

Obie maski stosuję oczywiście przed myciem włosów – nakładam je na około 20-30 minut na zwilżone włosy (hydrolatem roślinnym, żelem aloesowym albo odżywką w spray’u), po czym myję głowę jak zwykle.


TWARZ I CIAŁO

O skórę mojej twarzy i całego ciała dbają cztery produkty NaturalME, które są częścią nowości marki, dlatego nie mogłam się oprzeć sięgnięciu po nie. Większość tych produktów jest z rodzaju tych, których używa się nie tylko do twarzy, ale również do ciała i włosów, dlatego opowiem o ich szerszym zastosowaniu.

PEELING DO CIAŁA

To produkt, od którego powinnyśmy rozpocząć pielęgnację skóry. Kiedy już zadbamy o pozbycie się martwego naskórka, możemy śmiało przystąpić do regeneracji, nawilżania i pełnej pielęgnacji. Co takiego ma w sobie karmelowy peeling solny z aktywnym węglem od NaturalME, że jest idealny do stosowania przed nadejściem upalnego lata? Przede wszystkim zapewnia skórze nie tylko starcie martwego naskórka, ale także detoks i dogłębne oczyszczanie. A to wszystko zasługa właśnie aktywnego węgla, który ma między innymi właściwości bakteriobójcze - wniknie w każde włókienko skóry i oczyści je ze złogów niepożądanych substancji. Olejek arganowy i masło shea łagodzą podrażnienia i natłuszczają skórę.


Peeling pachnie cudownie – od tego trzeba zacząć. Słodkim karmelem, który ma się ochotę dosłownie pożreć! Ja go uwielbiam. Jest czarny od węgla, ale nie pozostawia na skórze ciemnego osadu po dokładnym spłukaniu ciała. Świetnie się nakłada, bo dzięki zawartości olejków dosłownie sunie po skórze – pod wpływem ciepła naszego ciała naprawdę pięknie ją natłuszcza.
Pamiętajcie jednak, że jest to peeling solny, więc jest dość ostry. Nie stosujcie go od razu po opalaniu, bo możecie dodatkowo podrażnić skórę. Ja używam go wtedy, kiedy moja skóra jest w dobrej kondycji, czyli kilka dni po opalaniu lub przed tym planowanym. Po użyciu peelingu skóra jest pachnąca i gładka, a co za tym idzie, świetnie wchłania produkty pielęgnacyjne. Dla mnie to produkt na duży plus.

Peeling kupicie TUTAJ w cenie 31,99 zł za 200 ml.


OLEJE

1. Olej z pestek (nasion) malin. Producent pisze, że łagodzi podrażnienia i regeneruje naskórek. W zeszłym roku dowiedziałam się, że olej z nasion malin jest najlepszym, naturalnym filtrem przeciwsłonecznym, jaki dała nam Matka Natura. Jego ochrona sięga nawet 50 SPF, dlatego właśnie nie rozstaję się z nim w słoneczne dni. Kiedy wiem, że będę zażywać kąpieli słonecznych, albo przebywać długo w nasłonecznionym miejscu, smaruję się olejkiem od stóp do głów. Dosłownie. Jeśli nie mam na sobie makijażu, to zaczynam od twarzy. Jeśli jednak mam makijaż, zawsze stosuję krem BB z filtrem – pamiętajcie o tym! Wtedy olejek malinowy nakładam na całe ciało, a wcześniej dodaję kilka kropli do maski po myciu włosów, bo one również potrzebują ochrony przed silnym promieniowaniem słonecznym. Odkąd stosuję ten produkt w taki właśnie sposób, zauważyłam, że moja opalenizna jest zupełnie inna. Jestem mniej różowa, a bardziej śniada, a zaczerwienienia, jeśli już są, szybciej brązowieją. Jeśli nawet przesadzę z kąpielą słoneczną, objawy poparzenia, takie jak pieczenie czy swędzenie skóry, są dużo mniej odczuwalne – dlatego wiem, że moja skóra jest dużo bardziej bezpieczna. Nie wyobrażam już sobie lata bez tego produktu!

Olejek kupicie TUTAJ w cenie 26,99 zł za 50 ml.

2. Olej z pestek truskawek. Producent zaleca stosowanie jeśli potrzebujemy regeneracji, ochrony i nawilżenia - szczególnie skóry dojrzałej, zniszczonej i przesuszonej.
To świetny produkt do uzupełnienia zastosowania olejku z nasion malin, który nas chroni – ten z pestek truskawek wzmocni jego działanie po opalaniu. Ja go tak właśnie stosuję i czuję, jak moja skóra jest ukojona i nawilżona. Kiedy mam od czasu do czasu możliwość skorzystania z wanny, dolewam łyżkę tego Olejku do wody i nie mam tak podrażnionych nóg, jak to zwykle bywa u mnie właśnie po kąpieli lub tym bardziej po depilacji.

Olejek kupicie TUTAJ w cenie 26,99 zł za 50 ml.

Oba olejki pachną po prostu jak oleje. Z nasion malin jest żółty, a z pestek truskawek zielonkawy. Znajdują się w szklanych butelkach z pipetą i są bardzo wygodne w użytkowaniu. Świetnie się je aplikuje na skórę i wchłaniają się raczej dobrze, choć będąc na plaży, nakładam grubą warstwę, żeby zapewnić sobie ochronę, więc pozwalam sobie wtedy na tę tłustą warstwę :)


HYDROLAT ALOESOWY

Wow! Tak – od tego słowa musiałam zacząć. Kiedy zobaczyłam, że w sklepie NaturalME pojawiły się hydrolaty, to zwariowałam. Ja je dosłownie uwielbiam. Zawsze mam w łazience kilka rodzajów. Aloesowego nie miałam nigdy, a teraz już wiem, że jest to produkt, którego potrzebowałam od zawsze!

"Naturalne woda aloesowa otrzymywana jest w procesie destylacji wysokiej jakości liści aloesu. Jest bogata w witaminy i mikroelementy. Wykazuje skuteczne działanie nawilżające i kojące. Chroni i regeneruje naskórek. Pobudza produkcję kolagenu. Dzięki wysokiej zawartości antyoksydantów chroni skórę przed wolnymi rodnikami i zapobiega wczesnemu jej starzeniu."

Hydrolat zamknięty jest w plastikowej butelce z atomizerem, który wytwarza przyjemną mgiełkę. A wiecie jak cudownie pachnie? Kocham go! Na co dzień trzymam go w lodówce i odświeżam (i przy okazji schładzam) nim ciało, twarz i włosy w ciągu dnia. Pamiętacie, jak napisałam, że maskę olejową nakładam na włosy zwilżone hydrolatem? Ten nadaje się do tego idealnie!
Hydrolat aloesowy zabieram ze sobą również na plażę – chłodzę nim ciało, twarz i odświeżam włosy, a przed ubraniem się dokładnie spryskuje całe ciało, które otrzymuje ogromną dawkę ZŁAGODZENIA objawów długiego przebywania na słońcu. Hydrolat świetnie nadaje się również do stosowania po prysznicu, który bierzemy zaraz po powrocie np. z plaży – spryskane nim ciało nie tylko odetchnie, ale także będzie lepiej wchłaniało balsam, czy olejek.

Hydrolat kupicie TUTAJ w cenie 21,99 zł za 125 ml.

W sierpniu planuję urlop i wiele wskazuje na to, że uda mi się wybrać na zagraniczne wakacje. Nie wyobrażam sobie wyjazdu bez olejków i hydrolatu NaturalME. Na pewno wylądują w mojej walizce, a w łazience zagoszczą na długi czas!

Poza oficjalnym sklepem marki, te oraz inne produkty (glinki, olej kokosowy, masło shea) kupicie w moim ukochanym sklepie Krem de la Krem, a stacjonarnie w sieci Super-Pharm.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Naturalny haul zakupowy z Lawendowej Farmy

Naturalny haul zakupowy z Lawendowej Farmy


Witajcie kochani!

Niedawno opowiadałam wam o jednym z moich ulubionych sklepów internetowych z ręcznie robionymi kosmetykami naturalnymi - Lawendowa Farma. Dziś chciałabym pokazać wam moje kolejne zakupy, które poczyniłam właśnie w tym sklepie. Tym razem postawiłam nie tylko na pielęgnację twarzy, ale także i włosów. W moim zamówieniu znalazł się jeden stały bywalec i aż 3 nowości, które krzyczały do mnie już od dawna. W końcu udało mi się kupić je wszystkie, a tego, czy jestem z nich zadowolona, dowiecie się właśnie z tego wpisu :)

W moim koszyku znalazły się:
1. mydło "Czarne na Białym";
2. mydło "Wielka Trójka";
3. Kolorowa maseczka Różowa;
4. Nalewka octowa szałwiowo-tatarakowa.

W prezencie do zamówienia otrzymałam:
1. mydełko "Siarkowe";
2. mydełko "Różowy Alabaster".



Zacznijmy od mydeł, bo to one zawsze grają pierwsze skrzypce, jeżeli chodzi o moje zamówienia w Lawendowej Farmie.

CZARNE NA BIAŁYM

Mydłem, które znam i kocham od lat, jest właśnie "Czarne na Białym". Spójrzmy na jego skład i właściwości:

Skład:
zmydlony olej kokosowy, zmydlona oliwa z oliwek, woda, zmydlony olej rycynowy, wiórki mydła Aktywny Węgiel (o tym mydle więcej dowiecie się z tego spisu - KLIK).

Czarne wiórki z aktywnym węglem, zanurzone w oleju kokosowym, rycynowym i oliwie, delikatnie oczyszczają skórę, łagodzą podrażnienia i stany zapalne, natłuszczają i nawilżają. To bardzo dobre mydło na co dzień, dla wszystkich z przetłuszczoną, trądzikową skórą. Dzięki zawartości oleju rycynowego nadaje się również do mycia włosów, szczególnie w przypadku problemów ze skórą głowy. Polecamy wszystkim, dla których czarne węglowe mydło oczyszcza skórę zbyt radykalnie - Czarne na Białym jest delikatniejsze w działaniu, mniej ściąga i przesusza skórę.

Pokochałam je za to, że idealnie zmywa makijaż. Jest moim pierwszym krokiem w oczyszczaniu twarzy, ale także w jej porannym myciu. Świetnie dba o moją skórę, kiedy nie ma na niej mnóstwa wyprysków, a jedynie typowe dla mnie zaskórniki. Niestety, nie pachnie kokosem, ale pamiętajcie, że to zasługa w 100 % naturalnego składu :) Świetnie się pieni i wygląda fenomenalnie! To mój pielęgnacyjny must-have od lat.

Kupicie TUTAJ - cena regularna to 14 zł / 100 g (obecnie w promocji za 12 zł). 


WIELKA TRÓJKA

To mydło zaciekawiło mnie właściwościami idealnymi dla skóry trądzikowej. Od wielu lat, w walce z trądzikiem, pomaga mi mydło "Aktywny Węgiel", ale mam jeszcze jego zapas. Postanowiłam wypróbować coś innego, w końcu uwielbiam testować naturalne nowości :)

Co o "Wielkiej Trójce" mówi "ciało sprawcze"? ;)

Skład:
zmydlony olej kokosowy, zmydlona oliwa, zmydlony olej rycynowy, wywar z jeżówki, krwawnika i łopianu, roślinny barwnik annato, olejki eteryczne: lawendowy, paczulowy i geraniowy.

Właściwie powinnam je  nazwać Wielka Trójka Przeciwtrądzikowa, bo zrobiłam je na bazie odwaru z trzech ekstra oczyszczających ziół: jeżówki purpurowej, krwawnika i łopianu. Znacie te cudowne ziółka? Jeżówka purpurowa zrobiła karierę jako ziółko zwiększające odporność i zwalczające przeziębienia, ale to niezastąpiony środek na trądzik i stany zapalne skóry, doskonale oczyszcza, łagodzi i goi. Krwawnik pospolity działa ściągająco, przeciwzapalnie i odkażająco, a do tego hamuje drobne krwawienia, niezastąpiony przy drobnych skaleczeniach i otarciach. Łopian, no cóż, oprócz tego, że skutecznie pielęgnuje skórę głowy (ogranicza łojotok i łupież) jest niezastąpiony w walce z trądzikiem. Wielka Trójka to trzy w jednym: oczyszczające, odkażające, ale jednocześnie gojące i natłuszczające mydło na stany zapalne skóry. Polecamy do mycia skóry trądzikowej, do mycia włosów , do kąpieli i pod prysznic. 

Wow, wow i jeszcze raz wow. Powiem wam szczerze, że mydełko już przetestowałam i jak zwykle jestem zachwycona. Nie wysuszyło mi skóry, nie ściągnęło jej za bardzo, a świetnie umyło, nie podrażniło i wygładziło twarz. Jak w przypadku innych tego typu mydeł, raczej nie pachnie - przyzwyczaiłam się do tego już dawno temu. Na pewno będę go używać kiedy pojawią się podrażnienia i uczulenia. Widzę, że pomoże je przepędzić!

Kupicie TUTAJ - cena regularna to 14 zł / 100 g (obecnie w promocji za 12 zł). 


MYDŁO SIARKOWE I RÓŻOWY ALABASTER

Oba mydełka są w rozmiarze mini - dostałam je w prezencie do zamówienia. Uwielbiam otwierać kartoniki z Lawendowej Farmy, bo zawsze kryje się w nich jakaś niespodzianka. Czuję się wtedy totalnie dopieszczona przez sklep.

Mydełko siarkowe miałam już okazję testować - myślę, że jest świetne dla skóry z obfitym trądzikiem, nawet młodzieńczym. W zapachu czuć siarkę, ale nie przeszkadza to w użytkowaniu mydła. Po jego użyciu wystarczy dobrze nawilżyć skórę i czekać na efekty, bo wierzcie mi, że ten produkt naprawdę walczy nawet z najtrudniejszym do wyleczenia trądzikiem.

Różowy Alabaster to mydło z różową glinką - tak jak maseczka, którą zamówiłam, więc to idealne zestawienie dla mnie. Zaskoczeniem w składzie był dla mnie olej ryżowy, który ma działanie regenerujące i chroniące skórę. Mydełka używałam - świetnie się pieni i uelastycznia naskórek. Bardzo się polubiliśmy!


KOLOROWA MASECZKA Z RÓŻOWĄ GLINKĄ

Nie mogłam się jej oprzeć. Jestem maniaczką maseczek glinkowych, ale ostatnio nie mam zbyt wiele czasu na ich samodzielne przygotowywanie. Pomyślałam, że ta maska będzie idealną alternatywą dla moich glinek rozrabianych z hydrolatami roślinnymi. Różni się od nich diametralnie! A czym? Po pierwsze, konsystencją - jest zbita, ale pod wpływem ciepła zamienia się w olejek <3 Po drugie, składem. Spójrzcie, jaki jest rewelacyjny!

Skład:
masło shea, olej kokosowy, olej ze słodkich migdałów, glinka różowa, wosk pszczeli, miód,olejek eteryczny limetkowy,  wit. E.

Nie masz czasu/ochoty by przygotować maseczkę na twarz? No i dobrze! Użyj naszej  kolorowej maseczki! Jest gotowa, wystarczy posmarować nią twarz, potrzymać 10-15 minut, a potem zetrzeć np. papierowym ręcznikiem - pozostawia skórę gładką, elastyczną i odświeżoną. Glinka różowa bardzo dobrze pielęgnuje skórę wrażliwą i delikatną, ze skłonnościami do alergii i podrażnień, ma właściwości zabliźniające, dezynfekujące i wygładzające.

Jestem zachwycona jej działaniem. Mam wrażenie, że olejek, który powstaje po kontakcie ze skórą, dosłownie rozgrzewa. Czułam niesamowicie przyjemne ciepło podczas aplikacji! Jako, że moja skóra nie dogaduje się z olejami na dłuższą metę, ja po 15 minutach całkowicie zmyłam maseczkę z twarzy. Mimo wszystko była ona gładziutka i rewelacyjnie miękka. Do tego maseczka pachnie cytrusami, a zamknięta jest w słoiczku z ciemnego szkła, co wręcz uwielbiam. Jestem zakochana!

Kupicie TUTAJ - 31 zł / 60 ml.




NALEWKA OCTOWA SZAŁWIOWO-TATARAKOWA


Nalewki octowe z Lawendowej Farmy kuszą mnie odkąd przetestowałam malinowa płukankę z Yves Rocher. Tamta sprawiła, że moje włosy niesamowicie błyszczały. Chciałam mieć to na co dzień. I wiecie co? Mam! Po użyciu nalewki moje włosy stały się nie tylko błyszczące, ale i gładkie i sprężyste <3


Skład:
ocet jabłkowy 10% (macerat ziela szałwii i tataraku), olejek eteryczny lawendowy, olejek eteryczny lemongrasowy, olejek eteryczny szałwiowy.

Wzmacnia i odżywia włosy, skutecznie usuwa mydlany osad, ma kolor bardzo  lekkiej herbaty, dla wszystkich rodzajów włosów, przyjemnie pachnie.

Nalewki octowe możesz stosować na trzy sposoby:
1. wcierać we włosy i skórę głowy zaraz po umyciu i pozostawić bez spłukiwania
2. wcierać we włosy i skórę głowy i trzymać pod turbanem z ręcznika 20-30 minut, a potem spłukać letnią wodą
3. umyte włosy spłukać letnią wodą z dodatkiem nalewki octowej (do 1litra wody dodajemy 1-2 łyżki nalewki)
Ocet jabłkowy przywraca  skórze głowy właściwy,  lekko kwaśny odczyn; nalewki octowe nie pozostawiają we włosach "octowego" zapachu. 


Ja wybrałam sposób 3 i płuczę włosy rozcieńczoną nalewką. Wtedy faktycznie zapach octu jest ledwo wyczuwalny (po wysuszeniu włosów wcale go nie ma), ale niestety nalewka sama w sobie bardzo pachnie octem. Mimo wszystko nie przeszkadza mi to, bo efekt jest świetny.

Kupicie TUTAJ - 23 zł / 250 ml.


Dajcie znać, co was najbardziej zainteresowało! Po ostatnim wpisie o Lawendowej Farmie otrzymałam od was kilka informacji zwrotnych, że sklep bardzo was zainteresował i zrobiłyście w nim zakupy. Dawajcie znać, jak sprawują się zamówione produkty! Od dwóch z was wiem, że po przetestowaniu mydeł, pojawiła się miłość do Lawendowej Farmy <3

 



niedziela, 21 stycznia 2018

Cosnature, seria avocado - idealny duet dla suchych włosów!

Cosnature, seria avocado - idealny duet dla suchych włosów!

Moje włosy, od czasu nieudanego rozjaśniania w maju i od kilku poprawek u innego fryzjera, są przesuszone i bardzo uwrażliwione. Ich codzienna pielęgnacja została uzupełniona więc przede wszystkim o dodatkowe olejki, pomagające utrzymać włosy w jak najlepszej kondycji. Od kilku miesięcy szukam też szamponu i maski, które mnie zadowolą. Potrzebuję delikatnego składu, ale też dokładnego domycia skóry głowy.
Planowałam zamówić maskę do włosów wysokoporowatych od Anwen. Niestety, tego dnia, kiedy postanowiłam złożyć zamówienie w moim ulubionym sklepie internetowym z naturalnymi kosmetykami Krem de la Krem, maska była niedostępna. Nie mogłam już czekać, bo poprzednia maska skończyła mi się tego dnia. Przypomniałam sobie, że mam przecież w zapasie szampon Cosnature z awokado, którego jeszcze nie otworzyłam. W sklepie znalazłam maskę z tej samej serii i postanowiłam ją zamówić.

Jestem już po kilku testach tego duetu i jestem zachwycona stanem moich włosów po ich umyciu, wysuszeniu i wyprostowaniu! Zapraszam więc na recenzję obu produktów.


REGENERUJĄCY SZAMPON DO WŁOSÓW Z AWOKADO I MIGDAŁAMI

"Naturalny szampon regenerujący zawiera starannie wyselekcjonowane składniki zapewniające delikatne mycie suchych, zniszczonych i farbowanych włosów. Łagodnie oczyszcza, nie podrażniając skóry głowy. Zawiera efektywną formułę hydrolizatu protein ze słodkich migdałów, wyciągu z awokado i oleju arganowego, dzięki której włosy są odżywione, nawilżone i wzmocnione od nasady aż po końce."

Kluczowymi składnikami szamponu są: hydrolizat protein migdałów, wyciąg z awokado i olej arganowy. To dzięki nim włosy stają się elastyczne, miękkie, błyszczące, odżywione i nawilżone. Składniki aktywne dostarczają im również wielu witamin i kwasów tłuszczowych.

Producent pisze, że szampon oczyszcza skórę delikatnie. Kiedy widzę takie zapewnienie, zazwyczaj wiem, że będę odczuwać, że moje włosy są "niedomyte" i oklapnięte. Bardzo się zaskoczyłam po pierwszym użyciu tego produktu! Skóra głowy była dokładnie umyta, a włosy oczyszczone z używanych wcześniej produktów i olejów.
Szampon ma rzadką konsystencję i jest przezroczysty. Dobrze rozcieńcza się z wodą i pieni się wystarczająco. Pachnie na początku lekko chemicznie, ale po chwili wydobywa się słodki zapach, dla mnie cytrusowo-cukierkowy. Jest niemalże identyczny jak zapach szamponu Sylveco, którego używałam.
Wydajność szamponu określiłabym jako średnią. Tak jak napisałam - bardzo dobrze się rozcieńcza, ale mimo wszystko jest rzadki, więc mam wrażenie, że szybko znika.

Za 200 ml produktu zapłacimy 17,90 zł - TUTAJ.


REGENERUJĄCA MASKA DO WŁOSÓW Z AWOKADO I MIGDAŁAMI

"Naturalna regenerująca maska do włosów z odżywczym olejem arganowym, olejem migdałowym i masłem z awokado przeznaczona jest do pielęgnacji każdego rodzaju włosów (szczególnie zaś do włosów zniszczonych i farbowanych). Wzmacnia strukturę włosów, zmniejsza podatność na łamanie się i przyczynia się do zmniejszenia uszkodzeń włosów, odbudowując włosy zniszczone i odwodnione."

Maska ma nieco inne składniki aktywne niż szampon, ale podąża tą samą ścieżką ;) Kluczowe składniki to przede wszystkim: olej ze słodkich migdałów, olej arganowy, masło z awokado oraz proteiny pszenicy i proteiny słodkich migdałów. Te ostatnie sprawiają, że ta maska nie powinna być przez nas używana podczas każdego mycia włosów. Polecam stosować ją np. co drugie mycie. Dlaczego? Bo co za dużo to nie zdrowo - tutaj to stwierdzenie ma podwójną moc. Włosy bardzo łatwo jest przeproteinować, przez co znacznie się przesuszą, usztywnią i zaczną wypadać. Nie jestem specjalistką w kwestii pielęgnacji włosów i składników aktywnych w kosmetykach, piszę jedynie na podstawie swoich doświadczeń i obserwacji. Mi stosowanie masek z proteinami co drugie mycie pomaga - uzupełniam pielęgnację o delikatne odżywki do włosów i radzę sobie z nimi bardzo dobrze.

Maska jest mało wydajna - niestety. Ma dość gęstą konsystencję, ale tubka nie mieści w sobie dużo produktu. Maska pachnie już bardziej chemicznie niż szampon. W jej przypadku nie czuję już żadnego zapachu uzupełniającego. Nie przeszkadza mi to jednak, bo po osuszeniu włosów ręcznikiem i tak używam kremu termoochronnego przed działaniem wysokiej temperatury, który pachnie intensywnie.

Za 100 ml produktu zapłacimy 20,90 zł - TUTAJ.


Dzięki pielęgnacji włosów produktami marki Cosnature w końcu mam wrażenie, że moje włosy są gładkie i błyszczące. Przy regularnym prostowaniu włosów, z którego nie jestem w stanie zrezygnować, często zauważam puszenie się końców, nawet po ich wygładzeniu. Te produkty sprawiły, że zapomniałam o tym. Włosy naprawdę są gładkie i zdyscyplinowane. Uwielbiam ten duet!

W sklepie Krem de la Krem znajdziemy również odżywkę do włosów z tej serii, która na pewno będzie świetnym uzupełnieniem codziennej pielęgnacji. Jest jej dwa razy więcej niż maski.

Źródło: www.kremdelakrem.pl

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Projekt DENKO - #listopad'17

Projekt DENKO - #listopad'17

Moje denko jest w tym miesiącu nieco spóźnione - czasami już sama nie wiem, w co włożyć ręce. Mnóstwo pracy, do tego świąteczne przygotowania. Wciąż brakuje mi na coś czasu. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko przeczytacie ten post z przyjemnością :)

Denko listopadowe nie jest tak pokaźne jak październikowe - uprzedzałam, że tamta ilość była przypadkowa, nie pożeram kosmetyków! Tym razem zużyłam dość sporo produktów z kolorówki, dlatego mimo wszystko ten post będzie nieco inny niż ten z ubiegłego miesiąca.

Zapraszam!


KOLORÓWKA
Najważniejszym produktem z tej kategorii, o którym chcę wam opowiedzieć, jest podkład Pierre Rene Skin Balance, który uwielbiam. Używam go od około 2 lat i nie potrafię się z nim rozstać. Jest to podkład dość mocno matujący, ale ma jedną wspaniałą cechę - nie tworzy na twarzy efektu maski i idealnie wtapia się w skórę. Bardzo często, kiedy na mojej twarzy pojawią się jacyś nieproszeni goście, na czoło nakładam dodatkową warstwę podkładu. Krycie jest wtedy idealne, a moja twarz wciąż wygląda naturalnie! Ja używam numeru 21. Dwudziestka jest prawie że biała - idealna dla bladzioszków. Bardzo często słyszę opinie i sama z resztą też tak uważam, że mimo wszystko kolorystyka podkładów jest dość dziwna - w takim sensie, że jest duża rozbieżność pomiędzy kolejnymi odcieniami/numerami. Dla mnie zimą idealnie byłoby mieszać ze sobą 2 kolory - 20 i 21, ale radzę sobie z tym, który mam :) Podkład nigdy mnie nie zapchał i mimo mojej bardzo tłustej skóry nie ściera się do zera po całym dniu, jak inne testowane przeze mnie podkłady. To mój zdecydowany must have.
Brązowego tuszu do podkreślania brwi WIBO również używam już dość długo. Przyciemnia moje włoski, ale nie tworzy skorupy na brwiach. Bardzo lubię ten efekt. Tym razem jednak zdradziłam WIBO i korzystając z promocji w Hebe kupiłam tusz Bourjois. Również sprawdza się świetnie.
Oba tusze do rzęs, które udało mi się zużyć w listopadzie, czyli WIBO i L"oreal, to dla mnie dwa bubelki. Pierwszy dostałam, był totalnie suchy, kruszył się i ledwo zaznaczał brwi. Drugi kupiłam z ciekawości i się zawiodłam. Moje rzęsy po użyciu były krótkie, cienkie i szybko opadały. Wiernie wróciłam do mojej ukochanej złotej beczułki od Eveline.


MASKI DO TWARZY
Recenzję zarówno wszystkich czterech masek Tony Moly ---> KLIK jak i maseczek dyniowych Too Cool For School, ---> KLIK znajdziecie w poprzednich postach na moim blogu :)  
Maseczkę z banankiem dostałam w prezencie - zauroczyło mnie opakowanie - jest jakby w 3D. Płachta była czarna i bogato nasączona serum o zapachu zielonej herbaty. Serum bardzo dobrze się wchłonęło. Z użyciem tej maseczki zbiegło się moje uczulenie, ale nie wydaje mi się, żeby to ona zawiniła, bo podrażnienie utrzymuje się zbyt długo jak na maskę. Znam już swoją skórę i wiem na co i w jaki sposób reaguje. Dlatego więc maskę oceniam pozytywnie.


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI TWARZY
Moim numerem jeden spośród produktów na zdjęciu jest oczywiście lawendowa mgiełka do twarzy Fitomed. Jej recenzja również znajduje się na blogu ---> KLIK. Jak tylko zużyję wodę różaną, na pewno wrócę do tej mgiełki. 
Żel do mycia twarzy Organique to miniatura z akcji promocyjnej - żele rozdawane były za darmo. Polubiłam się z nim, dobrze mył i nie podrażniał skóry, ale nie kupiłabym pełnowymiarowego opakowania. Mimo wszystko moim zdaniem cena jest zbyt wysoka.  
Pastę do zębów Ecodenta z węglem kupiłam zachęcona pozytywnymi opiniami krążącymi w Internecie. Faktycznie już po kilku użyciach widziałam, że osad znika, dzięki czemu moje zęby stawały się widocznie bielsze. Niestety miałam też wrażenie, że wierzchnia warstwa jest ścierana zbyt mocno i moje zęby stały się okropnie wrażliwe.W końcu przestałam używać tej pasty niestety. Bałam się, że zrobię sobie krzywdę. Dokończył ją mój narzeczony, który był z niej zadowolony. 
Balsam do ust z witaminą C dostałam w prezencie. Pachniał i smakował mentolem, czuć było w nim lekarstwo. Bardzo dobrze nawilżał suche usta, ale był okropnie niewygodny w użytkowaniu i wylewał się ze słoiczka. Nie kupiłabym go mimo świetnego działania.


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI WŁOSÓW
Srebrny szampon profesjonalnej linii L'oreal kupiłam zachęcona z kolei przez fryzjerkę. Kolor moich włosów pozostawia wiele do życzenia i ten szampon faktycznie nieco go ochładzał. Był bardzo wydajny - używałam go przez kilka miesięcy. Zawsze równocześnie z jego użyciem nakładałam na włosy maskę połączoną z olejkiem, dlatego nie powodował przesuszenia włosów. Używałam go przy co drugim/co trzecim myciu włosów. To bardzo dobry produkt.  
Olejek Khadi stosuje się na szybszy porost włosów. To moja druga butelka i jestem zachwycona działaniem. Nakłada się go na całą noc, bądź na 1-3 godziny przed myciem włosów. Wtedy ma najlepsze działanie. Ja zazwyczaj stosowałam go na noc. Moje włosy bardzo szybko rosły, kiedy go używałam i pojawiło się mnóstwo baby hair. Zdecydowanie spełnia swoją rolę!


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI CIAŁA
Żel pod prysznic Balea o zapachu bahamas dream to produkt z edycji limitowanej. Kupiłam go latem, bo bardzo spodobał mi się zapach kokosa. Niestety, żele Balea mają to do siebie, że pięknie pachną, ale przez jakiś czas. Powinno się je zużywać na bieżąco. Ja niestety mam tendencję do otwierania kilku żeli pod prysznic jednocześnie i do używania ich na zmianę. Przez to po jakimś czasie żele Balea nabierają chemicznego zapachu. To chyba jedyny minus, bo same żele są świetne, opakowania cudowne, a cena niska.  
Próbkę żelu pod prysznic LPM użyłam jak zwykle, żeby móc ocenić możliwość przetestowania produktu właśnie w tej formie. Myślę, że w saszetce umieszczono odpowiednią ilość produktu. Więcej o żelu przeczytacie na blogu ---> KLIK :)

Dajcie znać, czy znalazłyście wśród tych produktów taki, który was zaciekawił. Grudniowe denko może się nie pojawić, albo połączyć siły ze styczniowym, ponieważ moje uczulenie nie mija za szybko i zużywam bardzo mało produktów, żeby nie obciążać skóry. Jeśli jednak inne produkty dobiją dna, to na pewno denko się jednak pojawi :)

czwartek, 2 listopada 2017

Projekt DENKO - #październik'17

Projekt DENKO - #październik'17

Jako, że mój blog dopiero raczkuje, jest to też mój pierwszy post z Projektu DENKO - nie wiem, czy lubicie posty tego typu, więc będę wdzięczna, jeśli dacie znać :) Jest to oczywiście denko październikowe - czy wy też nie możecie uwierzyć, że mamy już listopad? Dopiero zaczęły się posty o jesiennych niezbędnikach, a już za chwile wokół nas będą królować klimaty bożonarodzeniowe. Sama muszę się przyznać, że już rozglądam się za dekoracjami świątecznymi. Ale jeszcze w żółwim tempie, także wciąż upajam się jesienią, którą uwielbiam! :)


W moim październikowym zużyciu przeważają maski do twarzy, produkty w saszetkach i próbki. Próbek zużywam stosunkowo mało, ale w październiku dostałam kilka ciekawych w kosmetycznych paczuszkach i przy okazji mojej współpracy z Drogerią Laboo w Elblągu. Kiedyś bardzo często korzystałam z próbek kosmetyków, teraz jednak znudziło mi się to i zdecydowanie wolę wracać do sprawdzonych już produktów i ewentualnie testować te, na które naprawdę jestem zdecydowana.

Jesteście ciekawe moich opinii na temat zużytych w październiku kosmetyków? Zapraszam do lektury! :)


MASKI DO TWARZY
Maski, szczególnie w płachcie, to podstawa mojej pielęgnacji. Czy zużywam ich dużo? Nie wydaje mi się. Staram się aplikować maski w płachcie 1-2 razy w tygodniu, uzupełniając tę pielęgnację o maseczkę na noc raz w tygodniu i czasem o maskę kremową.
Wszystkie maski, zużyte w październiku (oprócz płatków pod oczy Pilaten), sprawdziły się u mnie bardzo dobrze. Nie wystąpiły żadne uczulenia, ani podrażnienia.
Maska nr 1 - A’PIEU Milk One-Pack kojąca mleczna maseczka z zieloną herbatą. Maska ukoiła moją skórę, nawilżyła ją i pozostawiła niezwykle gładką, bez tłustego filmu. Na plus :) Maskę kupicie między innymi w sklepie internetowym Krem de la Krem, w cenie 12,50 zł - KLIK.
Najsłabsza maska tego miesiąca - kolagenowe płatki pod oczy Pilaten, które nie robią zupełnie nic.



PRODUKTY W SASZETKACH I PRÓBKI
W części saszetkowo-próbkowej zawieruszyła mi się też połówka maski na noc marki JANDA, którą dostałam do przetestowania od koleżanki. Sprawdziła się dobrze, choć nie zauważyłam jakiegoś genialnego nawilżenia.
Z tego zestawienia ciężko było mi wybrać faworyta, ponieważ mamy tutaj produkty z kilku kategorii i ścierały się ze sobą między innymi maseczka do włosów na noc marki Sephora, próbka aloesowego szamponu Equilibra oraz próbka kremu BB Etude House, który ma bardzo fajny odcień i świetne krycie. Pozostanę jednak wierna swojej zachwalającej recenzji :)
Produkt w saszetce nr 1 - całonocna, kokosowa maseczka do włosów z czepkiem marki Sephora. Recenzję tego produktu przeczytacie na moim blogu - KLIK.

Najsłabszy produkt w saszetce - brak. Każdy z nich sprawdził się naprawdę świetnie. 



PRODUKTY DO PIELĘGNACJI TWARZY
Jest ich tutaj dość sporo. Od razu się tłumaczę - nie zjadam ich, ani nie wylewam do umywalki! To tylko zbieg okoliczności - naprawdę :) W przyszłym miesiącu na pewno będą pustki :)
Jak widzicie w pielęgnacji twarzy bardzo cenię jak najbardziej naturalne produkty. Część z nich mnie zachwyciła, a część zawiodła.
Produkt do pielęgnacji twarzy nr 1 - naturalna woda różana z Krymu. To najlepsza woda różana jaką miałam przyjemność testować. Jest to produkt w 100 % naturalny, gdyż woda otrzymywana jest z odparowywania róży damasceńskiej. Jest to więc czysty hydrolat. Woda ma dużą pojemność, rozpyla idealną mgiełkę i ma piękny różany zapach. Do tego tonizuje, nawilża i odświeża twarz. Ta woda to ideał! Kupuję ją w osiedlowym sklepie zielarskim.
Najsłabszy produkt do pielęgnacji twarzy tego miesiąca - płyn do demakijażu KORANA Grecka Oliwka. I piszę to z przykrością, bo miałam ogromne oczekiwania co do tego produktu. Ma świetny skład, rewelacyjną konsystencję, w której czuć oliwę. Zapowiadało się cudnie. Niestety płyn bardzo szczypie w oczy. Byłam w szoku, bo nigdy żaden płyn do demakijażu, żadna woda micelarna, żadne mleczko, dosłownie nigdy nic nie wywoływało u mnie pieczenia. Płyn zużyłam do końca, między innymi korzystając z niego przy zmywaniu makijażu ust, ale mimo wszystko nie polecam go :(



PRODUKTY DO CIAŁA I WŁOSÓW
Te powinny być zużywane najszybciej, ale u mnie idzie to dość opornie. A to dlatego, że pod prysznicem mam otwartych około 5-ciu żeli pod prysznic, 3 szampony, 2 maski do włosów i 3 odżywki. Nie wiem czy jest to normalne, w każdym razie próbuję się tego oduczyć. Mam nadzieję, że moje zapasy wkrótce zaczną znikać :)
Produkt z grupy do ciała i włosów nr 1 - pianka pod prysznic BILOU o zapachu oranżady. Jestem nią zachwycona! Marka Bilou oczarowała mnie opakowaniami. Kiedy dostałam w wymianie tę piankę, byłam zachwycona możliwością przetestowania jej. Po pierwsze - pianka jest niezwykle puszysta. Wspaniale myje się nią ciało. Po drugie - zapach jest bardzo intensywny i idealnie odwzorowany. To prawdziwa oranżada z bąbelkami! Bardzo się cieszę, że jest coraz więcej drogerii internetowych, które oferują asortyment dostępny w niemieckich drogeriach DM. Ja najczęściej kupuję w mojadrogeria, drogerianiemiecka, a coraz częściej kuszą mnie zakupy w franbaloon, bo u nich najszybciej pojawiają się nowości.
Najsłabszy produkt z grupy do ciała i włosów - odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany Sylveco. Czytałam mnóstwo rewelacyjnych recenzji tego produktu. Niestety moim włosom kompletnie nie pasował. Przede wszystkim jest dla mnie zbyt delikatny, przez co nie domywa dobrze włosów. To sprawiło, że zużywałam go trochę na siłę - podczas drugiego mycia używałam innego produktu.

Mam nadzieję, że dotrwałyście do końca i zainteresowałyście się choćby jednym produktem z mojego denka. Jeżeli chciałybyście dowiedzieć się czegoś więcej o którymkolwiek z produktów - pytajcie w komentarzach! Na pewno odpowiem na wszystkie wasze pytania :)

P.S. Jeżeli na moim blogu pojawi się magiczny 50 obserwator, zorganizuję rozdanie, w którym do wygrania będą między innymi kosmetyki, także zostańcie ze mną! :)

sobota, 21 października 2017

Sephora coconut hair sleeping mask - moje odkrycie tygodnia

Sephora coconut hair sleeping mask - moje odkrycie tygodnia

Maski do włosów na noc marki Sephora kusiły mnie już od dawna. W moim mieście nie ma jednak Sephory, więc odłożyłam ten zakup na później. W zeszłym tygodniu byłam w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku, w związku z czym mogłam w końcu kupić jedną z 4 masek - wybrałam kokos. Poza nim w serii są jeszcze maski: masło shea - maska zwiększająca odporność na uszkodzenia, jagody acai - ochrona koloru, róża - maska, której zadaniem jest wygładzenie włosów i ochrona przed puszeniem.
Wybrana przeze mnie maska, czyli orzech kokosowy, odżywia i naprawia zniszczone włosy. Brzmi to jak bajka prawda? Wszystkie dobrze wiemy, że nic nie jest w stanie "naprawić" zniszczonych już włosów. Nie mniej jednak zachęcił mnie wariant kokosowy - ze względu na oczekiwany przeze mnie zapach i właściwości nawilżające orzecha kokosowego.

Dlaczego w ogóle maska do włosów na noc tak mnie zainteresowała?


Po lecie i po kilkukrotnym rozjaśnianiu moje włosy potrzebują ekstremalnego odżywienia i nawilżenia. Produkty kilkuminutowe nie zawsze dają pożądany efekt, a ja też rzadko kiedy mam czas na porządne dbanie o włosy w ciągu dnia - np. olejowanie z prawdziwego zdarzenia. W tym produkcie urzekł mnie fakt, że maska działa, kiedy ja śpię. Dodatkowo dołączenie do maski czepka, który również wzmacnia jej działanie, totalnie mnie rozbroiło. Jestem klasycznym przykładem gadżeciary i takie zagrania producentów mnie przyciągają.

Jak przebiegała aplikacja maski oraz jak czepek poradził sobie z wiercącą się całą noc głową pełną snów i przemyśleń? Sprawdźcie same! :)


Jak już wspomniałam, maska posiada formułę silnie odżywiającą i zmiękczającą suche włosy. Producent obiecuje, że maska naprawia włókna włosa, ale to już ustaliłyśmy - nie ma takiej możliwości ;) Spodobał mi się opis mówiący, że maska pozwala na łatwiejsze rozczesywanie włosów, które po umyciu są mniej suche i zdecydowanie mniej zniszczone (uszkodzenia mechaniczne mają być po prostu mniej widoczne i odczuwalne przez włosy).
Maska ma gęstą konsystencję, dzięki czemu świetnie się ją aplikuje na suche włosy - nie spływa z nich i idealnie się rozprowadza. Ma biały kolor i pachnie kokosem, za co duży plus, bo uwielbiam ten zapach w kosmetykach do włosów. Ja mam włosy średniej długości i maska wystarczyła mi na porządne pokrycie włosów na ich całej długości. Sama aplikacja maski spełniła moje oczekiwania.


Dołączony czepek ma być jednorazowy, ale spokojnie możemy go użyć kilkukrotnie do innych zabiegów na włosy. Wykonany jest z delikatnego w dotyku, ale jednocześnie dość mocnego tworzywa, przypominającego np. szpitalne fartuchy jednorazowe dla odwiedzających. Gumka nie jest zbyt ciasna, a czepek idealnie przylega do głowy. Nie było czuć żadnego ucisku - czepek przez całą noc pozostał na swoim miejscu i nie przeszkadzał mi podczas snu. Są na nim kolorowe aplikacje - chyba wolałabym, żeby namalowane były na nim kokosy :)

Jaka jest moja opinia na temat tego produktu?

Jak najbardziej POZYTYWNA. Ta maska to moje ogromne zaskoczenie tego tygodnia. Nie spodziewałam się aż takich efektów! Kiedy po umyciu włosów przeczesałam je palcami, byłam w szoku. Moje włosy nigdy nie były tak gładkie po żadnym domowym zabiegu pielęgnacyjnym. Podczas suszenia włosów, mój szok z każdą minutą się pogłębiał. Moje włosy były w dotyku niczym włosy dziecka - delikatne, puszyste i miękkie. Maska jak najbardziej spełniła swoje zadanie, a efekt po umyciu i wysuszeniu włosów przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Z czystym sumieniem polecam wam tę maskę! Ja na pewno, jeśli tylko będę miała okazję, przetestuję pozostałe warianty.

Maskę wraz z czepkiem możecie kupić w Sephorze w cenie 19 zł :)
Copyright © 2016 eddieegger , Blogger