poniedziałek, 11 grudnia 2017

Projekt DENKO - #listopad'17

Projekt DENKO - #listopad'17

Moje denko jest w tym miesiącu nieco spóźnione - czasami już sama nie wiem, w co włożyć ręce. Mnóstwo pracy, do tego świąteczne przygotowania. Wciąż brakuje mi na coś czasu. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko przeczytacie ten post z przyjemnością :)

Denko listopadowe nie jest tak pokaźne jak październikowe - uprzedzałam, że tamta ilość była przypadkowa, nie pożeram kosmetyków! Tym razem zużyłam dość sporo produktów z kolorówki, dlatego mimo wszystko ten post będzie nieco inny niż ten z ubiegłego miesiąca.

Zapraszam!


KOLORÓWKA
Najważniejszym produktem z tej kategorii, o którym chcę wam opowiedzieć, jest podkład Pierre Rene Skin Balance, który uwielbiam. Używam go od około 2 lat i nie potrafię się z nim rozstać. Jest to podkład dość mocno matujący, ale ma jedną wspaniałą cechę - nie tworzy na twarzy efektu maski i idealnie wtapia się w skórę. Bardzo często, kiedy na mojej twarzy pojawią się jacyś nieproszeni goście, na czoło nakładam dodatkową warstwę podkładu. Krycie jest wtedy idealne, a moja twarz wciąż wygląda naturalnie! Ja używam numeru 21. Dwudziestka jest prawie że biała - idealna dla bladzioszków. Bardzo często słyszę opinie i sama z resztą też tak uważam, że mimo wszystko kolorystyka podkładów jest dość dziwna - w takim sensie, że jest duża rozbieżność pomiędzy kolejnymi odcieniami/numerami. Dla mnie zimą idealnie byłoby mieszać ze sobą 2 kolory - 20 i 21, ale radzę sobie z tym, który mam :) Podkład nigdy mnie nie zapchał i mimo mojej bardzo tłustej skóry nie ściera się do zera po całym dniu, jak inne testowane przeze mnie podkłady. To mój zdecydowany must have.
Brązowego tuszu do podkreślania brwi WIBO również używam już dość długo. Przyciemnia moje włoski, ale nie tworzy skorupy na brwiach. Bardzo lubię ten efekt. Tym razem jednak zdradziłam WIBO i korzystając z promocji w Hebe kupiłam tusz Bourjois. Również sprawdza się świetnie.
Oba tusze do rzęs, które udało mi się zużyć w listopadzie, czyli WIBO i L"oreal, to dla mnie dwa bubelki. Pierwszy dostałam, był totalnie suchy, kruszył się i ledwo zaznaczał brwi. Drugi kupiłam z ciekawości i się zawiodłam. Moje rzęsy po użyciu były krótkie, cienkie i szybko opadały. Wiernie wróciłam do mojej ukochanej złotej beczułki od Eveline.


MASKI DO TWARZY
Recenzję zarówno wszystkich czterech masek Tony Moly ---> KLIK jak i maseczek dyniowych Too Cool For School, ---> KLIK znajdziecie w poprzednich postach na moim blogu :)  
Maseczkę z banankiem dostałam w prezencie - zauroczyło mnie opakowanie - jest jakby w 3D. Płachta była czarna i bogato nasączona serum o zapachu zielonej herbaty. Serum bardzo dobrze się wchłonęło. Z użyciem tej maseczki zbiegło się moje uczulenie, ale nie wydaje mi się, żeby to ona zawiniła, bo podrażnienie utrzymuje się zbyt długo jak na maskę. Znam już swoją skórę i wiem na co i w jaki sposób reaguje. Dlatego więc maskę oceniam pozytywnie.


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI TWARZY
Moim numerem jeden spośród produktów na zdjęciu jest oczywiście lawendowa mgiełka do twarzy Fitomed. Jej recenzja również znajduje się na blogu ---> KLIK. Jak tylko zużyję wodę różaną, na pewno wrócę do tej mgiełki. 
Żel do mycia twarzy Organique to miniatura z akcji promocyjnej - żele rozdawane były za darmo. Polubiłam się z nim, dobrze mył i nie podrażniał skóry, ale nie kupiłabym pełnowymiarowego opakowania. Mimo wszystko moim zdaniem cena jest zbyt wysoka.  
Pastę do zębów Ecodenta z węglem kupiłam zachęcona pozytywnymi opiniami krążącymi w Internecie. Faktycznie już po kilku użyciach widziałam, że osad znika, dzięki czemu moje zęby stawały się widocznie bielsze. Niestety miałam też wrażenie, że wierzchnia warstwa jest ścierana zbyt mocno i moje zęby stały się okropnie wrażliwe.W końcu przestałam używać tej pasty niestety. Bałam się, że zrobię sobie krzywdę. Dokończył ją mój narzeczony, który był z niej zadowolony. 
Balsam do ust z witaminą C dostałam w prezencie. Pachniał i smakował mentolem, czuć było w nim lekarstwo. Bardzo dobrze nawilżał suche usta, ale był okropnie niewygodny w użytkowaniu i wylewał się ze słoiczka. Nie kupiłabym go mimo świetnego działania.


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI WŁOSÓW
Srebrny szampon profesjonalnej linii L'oreal kupiłam zachęcona z kolei przez fryzjerkę. Kolor moich włosów pozostawia wiele do życzenia i ten szampon faktycznie nieco go ochładzał. Był bardzo wydajny - używałam go przez kilka miesięcy. Zawsze równocześnie z jego użyciem nakładałam na włosy maskę połączoną z olejkiem, dlatego nie powodował przesuszenia włosów. Używałam go przy co drugim/co trzecim myciu włosów. To bardzo dobry produkt.  
Olejek Khadi stosuje się na szybszy porost włosów. To moja druga butelka i jestem zachwycona działaniem. Nakłada się go na całą noc, bądź na 1-3 godziny przed myciem włosów. Wtedy ma najlepsze działanie. Ja zazwyczaj stosowałam go na noc. Moje włosy bardzo szybko rosły, kiedy go używałam i pojawiło się mnóstwo baby hair. Zdecydowanie spełnia swoją rolę!


PRODUKTY DO PIELĘGNACJI CIAŁA
Żel pod prysznic Balea o zapachu bahamas dream to produkt z edycji limitowanej. Kupiłam go latem, bo bardzo spodobał mi się zapach kokosa. Niestety, żele Balea mają to do siebie, że pięknie pachną, ale przez jakiś czas. Powinno się je zużywać na bieżąco. Ja niestety mam tendencję do otwierania kilku żeli pod prysznic jednocześnie i do używania ich na zmianę. Przez to po jakimś czasie żele Balea nabierają chemicznego zapachu. To chyba jedyny minus, bo same żele są świetne, opakowania cudowne, a cena niska.  
Próbkę żelu pod prysznic LPM użyłam jak zwykle, żeby móc ocenić możliwość przetestowania produktu właśnie w tej formie. Myślę, że w saszetce umieszczono odpowiednią ilość produktu. Więcej o żelu przeczytacie na blogu ---> KLIK :)

Dajcie znać, czy znalazłyście wśród tych produktów taki, który was zaciekawił. Grudniowe denko może się nie pojawić, albo połączyć siły ze styczniowym, ponieważ moje uczulenie nie mija za szybko i zużywam bardzo mało produktów, żeby nie obciążać skóry. Jeśli jednak inne produkty dobiją dna, to na pewno denko się jednak pojawi :)

środa, 6 grudnia 2017

Mam uczulenie na twarzy! Wysypka, podrażniona i czerwona skóra - jak sobie z nimi radzę?

Mam uczulenie na twarzy! Wysypka, podrażniona i czerwona skóra - jak sobie z nimi radzę?


Dzisiaj miało pojawić się listopadowe denko, ale mam nadzieję, że wybaczycie mi tę małą zmianę planów i poczekacie jeszcze kilka dni. Dziś chciałabym podzielić się z wami czymś bardzo dla mnie istotnym, co po raz kolejny mnie dotknęło.

Jak już pewnie wiecie, mam skórę tłustą, ze skłonnością do trądziku, podrażnień i uczuleń. Dlatego tak bardzo boję się każdej nowości kosmetycznej, która będzie miała kontakt z moją twarzą. Często zdarza się, że kupię kosmetyk z teoretycznie przyjaznym dla skóry składem, a jednak znajduje się w nim coś, co już po jednym użyciu spowoduje u mnie albo uczulenie, albo podrażnienie. Wtedy sięgam po stały zestaw ratunkowy, o którym chciałabym wam opowiedzieć.

Dlaczego teraz? Bo zmagam się właśnie z uczuleniem i podrażnieniem - na mojej twarzy kilka dni temu pojawiły się duże, różowe wypryski, które niesamowicie swędzą. Ponadto moja skóra jest zaczerwieniona i bardzo wrażliwa na dotyk. Podejrzewam, że taki skutek wywołał u mnie (niestety) olejek do demakijażu marki MIYA :( Rzadko się zdarza, że dany produkt uczuli mnie np. po kilku dniach/tygodniach stosowania. Nie zmieniłam jednak w ostatnim czasie żadnego kosmetyku - te, których używam, są już dawno sprawdzone. Najkrócej używam kremu różanego i olejku MIYA. Po odstawieniu olejku skóra zaczęła się szybciej goić, dlatego to jego obstawiam na winowajcę. Z bólem serca. Kultowy olejek Resibo uczulił mnie już po pierwszym użyciu, więc mamy tutaj istotną różnicę, nie mniej jednak chyba otrzymałam w końcu potwierdzenie, że moja skóra nie toleruje olejków...

A teraz czas na zasady, którymi kieruję się podczas przezywania tych ciężkich dla mojej skóry chwil.


1. Naturalne mydło z węglem, kupione w sklepie Lawendowa Farma, o którym szczegółowo opowiedziałam wam w tym poście ---> KLIK.

Przypomnę skład:
zmydlony olej kokosowy, zmydlona oliwa z oliwek, woda destylowana, zmydlony olej ze słodkich migdałów, aktywny węgiel drzewny.

Aktywny węgiel bardzo skutecznie wspomaga leczenie wszelkiego rodzaju stanów zapalnych, a takim niewątpliwie jest moje uczulenie. Mydło jest delikatne dla skóry, ale zarazem silnie walczy z wypryskami. Jest to mój pierwszy krok oczyszczania twarzy. Zwilżam twarz wodą, w dłoniach zmydlam czarną kostkę i powstałą pianką masuję twarz. Następnie spłukuję mydło i drugi raz myję twarz pianką albo żelem - WAŻNE: przy stanach zapalnych zawsze używam najdelikatniejszego lub najbardziej sprawdzonego produktu, jaki posiadam. Po umyciu twarzy spryskuję skórę naturalnym hydrolatem roślinnym, żeby ją stonizować, ale nie podrażnić. Obecnie używam wody różanej Make Me BIO.


2. Naturalny żel aloesowy Holika Holika.

Jest to produkt, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać.  Działa łagodząco i lekko chłodząco na podrażnioną skórę. Żelu używam zamiast kremu nawilżającego przede wszystkim rano, ale nie tylko. Nie chcąc dodatkowo obciążać twarzy i jednocześnie chcąc jak najszybciej pozbyć się uczulenia, nie wykonuję makijażu przez co najmniej kilka dni. Oczywiście maluję rzęsy i brwi. Na mojej skórze pojawia się natomiast jedynie żel aloesowy. Dzięki temu skóra szybciej się goi, a ja dodatkowo mogę nakładać kolejne warstwy żelu aloesowego w ciągu dnia. Tak - robię to w pracy.



3. Fenistil żel - zamiennik żelu aloesowego, który aplikuję wieczorem.

Fenistil żel jest lekiem stosowanym na skórę, przy świądzie towarzyszącym m.in.: ukąszeniom, oparzeniom słonecznym czy pokrzywce. Substancją czynną żelu jest maleinian dimetynden, który działając przeciwstawnie do kinin, zmniejsza objawy alergii. Fenistil ma działanie przeciwobrzękowe, przeciwświądowe i przeciwalergiczne oraz miejscowo znieczulające.

Jako, że to już nie jest kosmetyk, a lek, używam go na noc. Ma konsystencję zbliżoną do żelu aloesowego Holika Holika i tak samo świetnie się wchłania. Faktycznie chłodzi skórę, zapobiega jej swędzeniu i widocznie przyspiesza gojenie się skóry. Żel można kupić w aptece bez recepty.


4. Wapno - środek wspomagający, stosowany jako produkt łagodzący objawy alergii.

Chyba każdy z nas, zapytany o to, na co działa wapno, odpowie, że zwalcza ono skutki alergii, czyli wysypkę, świąd i pieczenie. Jest to prawda, choć nie do końca. Pamiętać należy, że samo przyjmowanie wapna nie przyniesie natychmiastowych i pożądanych efektów. Wapno pomoże działać innym produktom, właśnie takim jak leki czy delikatne kosmetyki pielęgnacyjne do skóry podrażnionej. Jest świetnym uzupełnieniem takiej kuracji, jaką ja stosuję i zawsze jestem zaopatrzone w co najmniej jedno opakowanie. Piję jedną szklankę roztworu dziennie, aż do zadowalającego ustąpienia/zmniejszenia się objawów uczulenia.

5. Działania dodatkowe - maseczki.

Nie zawsze je stosuję podczas uczulenia, ale bardzo często. Jeżeli trwa ono krótko i ustępuje szybko, powstrzymuję się od stosowania w tym czasie maseczek. Natomiast jeśli borykam się z uczuleniem dłużej, wykonuję albo domową maseczkę węglową na bazie delikatnego kremu nawilżającego/żelu aloesowego i dwóch kapsułek węgla, albo wybieram maseczki w płachcie właśnie z węglem (moją ulubioną jest maska SNP na czarnej płachcie), albo te łagodzące podrażnienia, np. z aloesem.

Świetnie działają również domowe "maski" i produkty, które mamy w lodówce, czyli czysta maślanka nakładana na twarz na kilkanaście minut, bądź przemywanie twarzy naturalnym mlekiem krowim.

Mam nadzieję, że moje uczulenie szybko mi odpuści. Walczę z nim już około tygodnia, jest wyjątkowo silne.

Jeżeli macie swoje domowe lub apteczne sposoby na walkę z uczuleniami i podrażnieniami, dajcie znać w komentarzach. Chętnie się jeszcze czegoś nauczę :)

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Cecelia Ahern - "Pora na życie". Czyli jak książka sprawiła, że cały świat zostawiłam w tyle.

Cecelia Ahern - "Pora na życie". Czyli jak książka sprawiła, że cały świat zostawiłam w tyle.

Nie chciałam od tego zdania zaczynać swojej recenzji, ale muszę to zrobić. Dawno żadna książka tak mnie nie wciągnęła!

Dostałam tę książkę od przyjaciółki. Chciała ją wymienić na coś innego, ale jej się nie udało, a że ja pożeram książki jak opętana, to z ogromną przyjemnością ją przejęłam. Niestety nigdy nie była odpowiednia pora na "Porę na życie". W kolejce do przeczytania czekało kilka innych pozycji, a czas ostatnio pędził nieubłaganie. I tak ta oto historia w milczeniu czekała na półce. Jednak któregoś dnia zaczęła do mnie krzyczeć. Wiecie jak to jest, nagle, gdzieś w głowie, szumi wam ten głos, który mówi, że musisz sięgnąć po tę książkę natychmiast. Tak właśnie miałam i faktycznie postanowiłam dłużej nie czekać. To była świetna decyzja.

Kilka słów o książce:
Poruszająca, ciepła i zabawna powieść o tym, co się dzieje, gdy przestajesz zwracać uwagę na własne życie. Lucy Silchester mieszka ze swoim kotem w wynajętej kawalerce, wykonuje niesatysfakcjonującą pracę, coraz bardziej oddala się od swoich bliskich i nieustannie kłamie, wstydząc się nagłych i niekorzystnych zmian w swoim życiu. Życie Lucy nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie jak niektóre z dokonanych przez nią wyborów i opowiedzianych historii. Od chwili, kiedy poznaje mężczyznę, który przedstawia się jako jej Życie, uparcie powtarzanym półprawdom grozi kompromitacja – chyba że Lucy nauczy się mówić całą prawdę o tym, co dla niej naprawdę istotne. 

Po przeczytaniu zapowiedzi pomyślałam sobie: "Kurczę. Niby fajnie, ale tak zwyczajnie? Normalna laska? Bez czytania w myślach, magicznych mocy, umiejętności przejścia do innego świata? Serio może się tam cokolwiek dziać?" Chciałam jednak w końcu dojrzeć do częstszego czytania czegoś ambitniejszego niż tylko literatury młodzieżowej z zabarwieniem fantastycznym.

Główna bohaterka rozkochała mnie w sobie od samego początku. Zabawna - z czarnym i ciętym humorem, czyli coś, co lubię najbardziej - nieco tajemnicza, dusząca w sobie wiele emocji, które wydaje mi się, że w prawdziwym życiu potrafiłabym z niej wyczytać.

W tej historii stale pojawiają się zwroty akcji, nowe wątki, a poboczni bohaterowie wciąż ujawniają swoje kolejne twarze. Powieść ukazuje prawdziwe relacje międzyludzkie - nieprzerysowane, nie zbyt cukierkowe, tylko takie, jakimi naprawdę są, czyli przyjaźń opartą na brutalnej czasem szczerości i "inteligentnym chamstwie" i miłość, która nie zawsze kończy się szczęśliwie, a może tak nam się tylko wydaje.

Zdecydowanie warto sięgnąć po "Porę na życie". Ja wciągnęłam się w nią tak bardzo, że czytałam ją w pracy pod biurkiem, kiedy nikt nie widział, w domu, między przemieszaniem cukinii na patelni, a dochodzeniem ryżu w garnku pod przykrywką. To były dla mnie intensywne dwa dni spędzone z kobietą, która brutalnie często przypominała mi mnie samą.

Jeżeli lubicie historie, które czyta się lekko i które często wywołują uśmiech na twarzy - polecam sięgnąć po tę powieść. Myślę, że się nie zawiedziecie!


A ja mam jeszcze coś do dodania. Dziś, po wielu latach posuchy, nadszedł czas na zmiany. 

Otóż jest to najlepsza książka, jaką w życiu czytałam :)

piątek, 1 grudnia 2017

Yankee Candle THE PERFECT TREE - czy to naprawdę idealnie odwzorowany zapach świątecznego drzewka?

Yankee Candle THE PERFECT TREE - czy to naprawdę idealnie odwzorowany zapach świątecznego drzewka?

Wszystkie osoby, które mnie bardzo dobrze znają, wiedzą, jak bardzo kocham Święta Bożego Narodzenia i wszystko co się z nimi wiąże - tradycje, zwyczaje, zapachy, barwy, symbole. Najpiękniejszym z symboli jest dla mnie świąteczne drzewko. Nie wyobrażam sobie mojego mieszkania bez żywej choinki. I mimo, iż moja kawalerka w całości jest pewnie mniejsza niż sypialnia większości z was, zawsze choinka jest żywa.
Uwielbiam jej zapach, który idealnie odwzorowuje zapach świąt. Igły, podgrzewane przez łańcuchy lampek, wydzielają z siebie tak cudowny zapach, że nie sposób go niczym zastąpić.

W zeszłym roku, w okresie przedświątecznym, poruszyłam niebo i ziemię, żeby znaleźć świecę lub wosk podbijający zapach świątecznego drzewka. Chciałam, żeby był idealny i prawdziwy. Niestety, wszystkie zapachy jakie miałam okazję wąchać, albo które (o zgrozo) dostałam w prezencie, takie jak np. Christmas Garland od Yankee Candle, przypominały leśny odświeżacz do toalety lub choinkę, ale tę wiszącą w starym Mercedesie z kogucikiem "TAXI". Straciłam nadzieję, odpuściłam i zapomniałam.

Wtedy zobaczyłam wszechogarniającą mojego Facebooka i Instagrama reklamę nowej, świątecznej kolekcji zapachów Yankee Candle, a wśród nich zapach The Perfect Tree. Przeczytałam mnóstwo recenzji tego zapachu i o dziwo większość była pozytywna! Czytałam opinie mówiące, że to idealnie odwzorowany zapach świątecznej choinki z pewną rezerwą. Niby czytałam, ale nie do końca w te słowa wierzyłam i jednym okiem wpuszczałam, a drugim wypuszczałam te informacje ze swojej świadomości.

Wtedy napisała do mnie przyjaciółka, która wąchając ten zapach pomyślała o mnie. Zapewniała mnie, że naprawdę wydawało jej się, że ten wosk pachnie jak prawdziwa choinka. Coś we mnie pękło i powiedziałam sobie "rusz tyłek i sprawdź to". I tak też zrobiłam. Pojechałam do Galerii na "wąchanie choinki". Jak widzicie, ten zapach wylądował w moim koszyku, więc możecie się domyślić, że faktycznie zapach mi się spodobał.

Ale czy uważam, że to prawdziwe świąteczne drzewko? Zapraszam na recenzję!


Jak tylko przestąpiłam próg sklepu zwącego się "Prezenty Świata", pierwsze co zrobiłam - pomknęłam do kącika świecowego. Zobaczyłam nieco pustawe przegródki z tartami Yankee. Niestety, nie zobaczyłam zapachu The Perfect Tree. Ale chcąc przedłużyć sobie nadzieję, zapytałam Pani, czy w ogóle mieli tę nową serię zapachów. Pani pokazała mi kilka świec, między innymi Magic Christmas, która swoją drogą ma przeuroczą naklejkę, dodając, że seria jest, ale nie pamięta czy był zapach choinki, ale coś jej świta, że był. No nic, pomyślałam. Wzięłam jeszcze sampler w ulubionym zapachu koleżanki, żeby dorzucić jej do paczki świątecznej i chciałam iść do kasy, kiedy Pani powiedziała: "a jeszcze tutaj zobaczę" i podniosła jeden z wosków. Chyba pomyślała przy okazji, że jestem opętana, bo rzuciłam się naprzód krzycząc: "JEST!". The Perfect Tree ukrył się pod innym woskiem. Wzięłam go szybko do ręki i zaczęłam wąchać. Ewidentnie pachniał jak Midsummer's Night - bo własnie pod tym zapachem leżał. Ale pod spodem były jeszcze 2 choineczki. Wzięłam więc tę spod spodu i zaczęłam obwąchiwać. Nie wierzyłam w to co czuję. Wierzcie lub nie, ale tak mocno kocham święta, że wzrusza mnie dosłownie wszystko co z nimi związane. Uroniłam ze 3 łezki i powiedziałam do Pani: "jak prawdziwa choinka...".

Podziwiam, jeśli dobrnęłyście do końca tej historii - jestem wariatką, wiem. W każdym razie ten zapach nie jest niczym wzbogacony. Ta "słodycz", która często przepełnia leśne zapachy, jest wyczuwalna naprawdę gdzieś w dalekim tle. Wosk pachnie cudownie - zielonymi gałązkami, na których dyndają bombki, słodycze i które oplatają łańcuchy, lampki i wszystkie migocące cuda.

Nie mogę się doczekać, kiedy na moim stoliku stanie już świąteczne drzewko, a ja podbiję jego zapach The Perfect Tree od Yankee Candle. To będzie nie tylko the perfect tree, to będą the perfect christmas!


Dziękuję Yankee Candle za spełnienie mojego zapachowego marzenia!

wtorek, 28 listopada 2017

Odrobina lata zamknięta w butelce - soczysta truskawka od LPM

Odrobina lata zamknięta w butelce - soczysta truskawka od LPM

Jak według was pachnie lato? Dla mnie jego kwintesencją są świeże owoce - truskawki, maliny, borówki, arbuz. W podróż do świata truskawek tej jesieni zabrało mnie Le Petit Marseillais. Mam ogromną przyjemność być ambasadorką w kolejnej kampanii marki.

W paczce ambasadorskiej otrzymałam:
1. Pełnowymiarowy żel pod prysznic o zapachu truskawki
2. Zaparzacz do herbaty w kształcie truskawki
3. Zestaw próbek do podzielenia się z rodziną i przyjaciółmi
4. Przewodnik po słonecznych zapachach LPM
5. List dla ambasadorki <3

Całość jak zwykle wyglądała przepięknie - uwielbiam te brązowe kartony z logo marki w kolorze, który jest kolorem przewodnim danej kampanii - tym razem jest to oczywiście kolor czerwony.

Pierwszy przetestowany przeze mnie został żel pod prysznic.
Ma konsystencję typowego żelu - nie jest ona kremowa. Zapach zwala z nóg. To prawdziwie świeże truskawki, których smakiem upajamy się każdego lata. Nie jest ani trochę sztuczny, za co ogromny plus! Żel świetnie się pieni i otula zapachem lata całą łazienkę. Jedyne co mnie boli to fakt, że zapach nie utrzymuje się na ciele zbyt długo :( A chciałabym go zatrzymać "na sobie" przez wiele godzin.


Zaraz po żelu do testów pomknęła silikonowa truskaweczka, będąca zaparzaczem do herbaty <3 Herbatę uwielbiam, również tę liściastą, więc to idealny gadżet dla mnie. Zazwyczaj używam kubków z zaparzaczem (z metalowym sitkiem wkładanym do kubka) - taka wersja zaparzacza to dla mnie nowość. Truskaweczka świetnie poradziła sobie z zieloną herbatą i z melisą. Przez dziurki wydostały się jedynie te najmniejsze cząstki herbaty, które zostają na dnie również w przypadku kubków z zaparzaczem i jest to normalne - nie piszę o tym w kategorii minusów :) Do tego truskawka wygląda naprawdę uroczo - czego chcieć więcej? :)


Próbki już rozdałam koleżankom, mamie i zachęciłam do testów jeszcze kilka osób. Informacje zwrotne są przeważnie pozytywne, więc ten zapach naprawdę udał się marce Le Petit Marseillais.

A tak a propos truskawek... Używacie tych świeżych do swojej codziennej pielęgnacji ciała i twarzy? Jeśli nie, to przygotowałam dla was kilka ciekawostek z ich zastosowania i właściwości!

Truskawki są nie tylko pyszne, słodkie, czasem kwaśne, a więc idealne do deserów, ciast czy koktajli. Warto pamiętać, że truskawki są bogate w witaminę C, która z kolei pobudza naszą skórę do produkcji kolagenu i regeneracji. Po co wydawać więc miliony na kosmetyki z kolagenem i to jeszcze bardzo często zwierzęcym? Warto od czasu do czasu przygotować naturalną maseczkę!
A jaką? Te dwa przepisy poznałam dzięki książce "Sekrety urody Babuszki - słowiański elementarz pielęgnacji".

1. Minimalistyczna maska witaminowa
Składniki:
- świeże truskawki;
- sok z cytryny.
Truskawki blendujemy wraz z dodatkiem kilku kropli soku wyciśniętego z cytryny, po czym "papkę" nakładamy na twarz na około 15-20 minut. Zarówno truskawki, jak i cytryna, to kwasy, dlatego jeśli macie bardzo wrażliwą skórę, zrezygnujcie z dodatku cytryny, albo po zmyciu maski nałóżcie na twarz grubą warstwę żelu aloesowego :) Tak duża dawka witaminy C naprawdę od czasu do czasu jest potrzebna naszej skórze!

2. Rozświetlająca maseczka 2 w 1
Składniki:
- świeże truskawki;
- płatki owsiane;
- miód.
Wszystkie dodatki blendujemy. Powstałą maseczkę nakładamy na twarz na 15 minut. Płatki owsiane pozostawią grudki, dlatego podczas zmywania maseczki z twarzy, możesz delikatnie masować nią skórę. Dzięki temu nie tylko odzyska blask, ale także będzie gładka i idealnie oczyszczona. Ta maska sprawdzi się, kiedy Twoja skóra jest szara i zmęczona, np. po ciężkiej nocy :)


Koniecznie dajcie znać jak wy wykorzystujecie truskawki w swojej codziennej pielęgnacji!


niedziela, 26 listopada 2017

Kawowe i ciasteczkowe akcenty w świecach Kringle Candle i Country Candle

Kawowe i ciasteczkowe akcenty w świecach Kringle Candle i Country Candle

W jednym z poprzednich postów podzieliłam zimowe zapachy Kringle Candle i Country Candle na 3 grupy:
1. zimowo-świąteczne;
2. kawowe;
3. ciasteczkowe.
Pierwszą grupę z mojej kolekcji już wam zrecenzowałam, dziś nadeszła kolej na dwie pozostałe.

Zapachy kawowe i te krążące wokół kawy, to moim zdaniem grupa świec i wosków, która idealnie wpisuje się w klimat mroźnych, zimowych wieczorów. Są to zapachy ciepłe, słodko-gorzkie i zdecydowanie dodające nam energii i pozytywnych wibracji.

Oto moi kawowi ulubieńcy od Kringle Candle i Country Candle :)

VANILLA LATTE
To zapach waniliowego espresso otulonego śmietankową pianką. Pierwsza nasze zmysły pieści oczywiście kawa. W tle po chwili zaczyna się wybijać również słodka woń - pewnie śmietanka. Może jestem dziwna, ale ja czuję tam kwiatową nutę. Jakby na stole w kawiarni postawiono bukiet świeżo ściętych kwiatów i popijając kawę, czujemy kawę, a odstawiając ją, upajamy się zapachem całej reszty. To całkiem przyjemny zapach, ale nie zachwycił mnie.

ESPRESSO CREMA
Ma się nam kojarzyć z kawą zaparzoną ze świeżo zmielonych ziaren, do której dodaliśmy kilka kropli karmelu, brązowy cukier i odrobinę wanilii. Faktycznie wszystkie te zapachy mieszają się ze sobą. Karmel tutaj próbuje grać pierwsze skrzypce, pomimo intensywności kawy :) Bardzo spodobało mi się to połączenie!

COFFEE SHOP
Nie bez powodu opis tego zapachu zostawiłam na koniec :) Daylight Country Candle o tym właśnie zapachu jest niejako połączeniem Vanilla Latte i Espresso Crema od Kringle. Czuć w nim i mocną kawę ze śmietanką i ten intensywny karmel. Skłoniłabym się ku stwierdzeniu, że zdecydowanie bliżej mu do zapachu Espresso Crema, co w moim mniemaniu działa na jego plus.

Jeżeli lubicie świece i woski o zapachu kawy, te na pewno wam się spodobają. Są niezwykle intensywne, słodko-gorzkie i otulające. Umilą wam chłodne wieczory spędzane pod kocem, jestem tego pewna!


Ciasteczkowe zapachy w świecach i woskach, a także w kosmetykach, są jednymi z moich ulubionych zapachów. Nie bez powodu moim numerem 1 wśród słodkich wariantów świec Kringle Candle jest HOT CHOCOLATE.

Widząc te dwie świece Country Candle nie mogłam się im oprzeć. Już same opakowania są iście smakowite, co jeszcze bardziej nastroiło mnie do chęci ich posiadania.

Co o nich sądzę? Zapraszam słodziutko na recenzję! :)

SMOKE & S'MORES
To zapach kruchych herbatników, przekładanych gorącą pianką marshmallow i roztopioną czekoladą. Brzmi cudownie, a jak pachnie? Bardzo, ale to bardzo podobnie do mojego ukochanego zapachu Hot Chocolate. Śmiało można powiedzieć, że niemalże identycznie.W tym zapachu jednak ta czysta czekolada z Hot Chocolate miesza się ze słodyczą pianek, co czyni go nieco delikatniejszym. Dla tych, dla których Hot Chocolate jest zapachem zbyt intensywnym i ostrym, Smoke & S'mores powinien okazać się idealny.

CHOCOLATE CHIP COOKIE
Jak sama naklejka wskazuje, to zapach kruchych ciasteczek z kawałkami czekolady. Dokładnie tak pachnie. Jak jeszcze lekko ciepłe ciastko, które jemy z taką ochotą, że okruchy spadają nam na nogi i pod siedzenie, na którym drżymy od emocji, a kawałki czekolady rozpływają nam się w ustach :D Zapach jest bardzo przyjemny, słodki, ale nie przytłaczający. Kiedy go palę, a mój narzeczony dopiero wchodzi do domu, daje się nabrać na to, że w piekarniku rodzi się jakieś ciasto. To chyba najlepsza recenzja dla takiego zapachu, prawda? :)

Jakie jeszcze kawowe i ciasteczkowe zapachy świec i wosków polecacie?
Polecane przeze mnie świece możecie kupić oczywiście na Kringle.pl :)
 

czwartek, 23 listopada 2017

Konturowanie twarzy przy pomocy pędzla Chubby Mermaid Brush by Mermaid Salon

Konturowanie twarzy przy pomocy pędzla Chubby Mermaid Brush by Mermaid Salon


Ten cudowny pędzel wygrałam jakiś czas temu w konkursie na Facebooku sklepu internetowego Krem de la Krem. Byłam nim zachwycona, przede wszystkim ze względu na design. Kształt rybki wywołuje obłęd - dosłownie - nie mogłam przestać go dotykać i oglądać. Bardzo długo leżał na półeczce i krzyczał do mnie: "No wypróbuj mnie w końcu!", ale ja wciąż się przed tym wzbraniałam, bo jest zbyt piękny!
W końcu udało mi się ogarnąć i wypłynęłam na wielkie wody, testując pędzel na kilka sposobów.

Jak mi poszło?
Tego dowiecie się w dalszej części posta, jednak póki co sprawdźmy, jakie informacje o pędzlu znajdziemy na stronie sklepu Krem de la Krem.

100% ORYGINALNY PĘDZEL MERMAID BRUSH BY MERMAID SALON
Ten niezwykle starannie i precyzyjnie wykonany pędzel występuje w 6 wersjach kolorystycznych: Galax-sea, Aqua, Silver, Rose Gold, Matte Black i Rainbow.
Idealnie nadaje się do nakładania podkładów płynnych, korektorów oraz do konturowania twarzy.
Wykonany z najwyższej jakości miękkiego, syntetycznego włosia. Wegański i nietestowany na zwierzętach.
Pędzel jest powszechnie podrabiany. U nas w pełni oryginalna i unikalna na skalę kraju wersja Mermaid Brush by Mermaid Salon prosto z Australii.


Ja mam oczywiście wersję Matte Black. Muszę wam powiedzieć, że spotkałam się z wieloma zdjęciami podróbek z Aliexpress. One faktycznie wyglądają niemalże identycznie jak oryginalne rybki. Czytałam kilka opinii osób, które miały styczność z obiema wersjami. Piszą, że tak jak w przypadku podrabiania innych "znanych" pędzli, tak i tutaj różnica w użytkowaniu jest ogromna. Pędzle zamówione na Ali, w opinii wielu dziewczyn, nadają się jedynie do aranżacji zdjęć - są tylko pięknym gadżetem.

Ale wróćmy do mojej rybki :)
Swoje testy zaczęłam od konturowania metodą na sucho. Zaznaczę tylko, że jestem totalną amatorką w kwestii makijażu, dlatego mogę wypowiadać się jedynie za siebie i biorąc pod uwagę własne umiejętności. Konturowanie na sucho w ogóle mi nie wyszło. Pędzel świetnie zaznaczył miejsca, które chciałam potraktować bronzerem - linia prowadzona jest wręcz perfekcyjnie. Niestety nie potrafiłam przy pomocy pędzla dobrze rozetrzeć produktu. Włosie jest miękkie, ale jednocześnie bardzo zbite. W mojej opinii pędzel jest idealny do rozprowadzania produktów płynnych i kremowych i do konturowania na mokro.

Stąd moje kolejne próby :)
Niedawno wybierałam się na świąteczną mini sesję zdjęciową (której efekty oczywiście wam pokażę, ale jeszcze poczekajmy na to ogromne szaleństwo Bożonarodzeniowe!) i wiedziałam, że mój makijaż musi być intensywny i perfekcyjny. Konturowanie w tej sytuacji to podstawa, dlatego sięgnęłam po kredki do konturowania Hean oraz oczywiście po moją rybkę. Kredką brązową zaznaczyłam wgłębienie w policzkach, boki nosa i czoło u nasady włosów po obu stronach, a jasną kredką rozświetlającą kości policzkowe, czubek i środek nosa, a także miejsce nad nosem. Rybka z roztarciem tych miejsc poradziła sobie fenomenalnie! Nie starła produktu, ale też pozbyła się ostrych krawędzi i wywołała przenikanie się kolorów. Efekt był jednocześnie naturalny, ale i spektakularny. Wciąż nie mogę się nadziwić, że moje konturowanie czoła widać na każdym zdjęciu! Oczywiście jest to widoczne w taki sposób, w jaki powinno być - efekt nie jest absolutnie przerysowany ;)

Jestem zachwycona efektem konturowania na mokro. Teraz już wiem, że nie wykonam tej części makijażu już nigdy więcej żadnym innym pędzlem. Rybka jest do tego po prostu stworzona!

Poniżej przedstawiam wam całą gamę kolorystyczną pędzli. Oryginalne kupicie oczywiście tylko w sklepie KREM DE LA KREM.

Źródło: www.kremdelakrem.pl

Pewnie od razu rzuciła wam się w oczy ta cudowna muszelka? To NOWOŚĆ w sklepie Krem de la Krem! Kolejny wspaniały pędzel sprowadzony dla nas prosto z Australii - tym razem do nakładania różu, pudru i wykańczania makijażu <3
Muszelkę kupicie TUTAJ.


Jak podoba wam się seria pędzli by Mermaid Salon? Skusiłybyście się na oryginalny produkt, czy raczej wybieracie tańsze podróbki? Jestem bardzo ciekawa waszego zdania :)



I nieśmiało przypominam o rozdaniu, które trwa tylko do niedzieli! :)
Copyright © 2016 eddieegger , Blogger