poniedziałek, 16 października 2017

Krem de la Krem - cudowny sklep z kosmetykami naturalnymi

Krem de la Krem - cudowny sklep z kosmetykami naturalnymi


Znacie sklep Krem de la Krem? Jeśli nie, koniecznie musicie nadrobić zaległości! To cudowne miejsce kierowane przez miłośników kosmetyków naturalnych - miejsce z duszą, z charakterem, nastawione na stuprocentowe zadowolenie każdego klienta. Każdy klient jest rozpieszczany nie tylko świetnie skompletowanym przez siebie zamówieniem, ale także prezentami, pięknym opakowaniem i całą oprawą otrzymywanej paczuszki. Pamiętam swoje pierwsze zamówienie - tę kokardkę, naklejki, pianki wypełniające, gratisy, liściki, kolorowe, błyszczące kwiatki, wypełniające kartonik. Czyż to nie jest dbanie o klienta z prawdziwego zdarzenia? Ja rozpływałam się nad samym opakowaniem zamówienia, a przecież przyszły do mnie świetne produkty z naturalnymi składami, a to kocham najbardziej!
Co jeszcze przyciąga do sklepu jak magnez? Możliwość dodawania wybranych produktów do swojej własnej WISHLISTY <3 Znacie to uczucie, kiedy kilka produktów chcielibyście mieć w swojej kosmetyczce czy w łazience, ale niekoniecznie w danym momencie możecie sobie pozwolić na zakup? Nic straconego! Po dodaniu produktów do swojej wishlisty, będą one tam na was czekać. Nie usuną się, nie znikną, a przy każdym odwiedzeniu sklepu będą wam o sobie przypominać <3 Ja korzystam z tej opcji namiętnie! Wciąż dodaję nowe produkty i wymieniam te, które już posiadam :)

Z czym przychodzę do was dzisiaj? Nie tylko z recenzją sklepu, ale z moją wygraną w konkursie zorganizowanym na Facebooku właśnie sklepu Krem de la Krem. Jeśli chcecie zobaczyć co wygrałam - zapraszam poniżej! Zadaniem konkursowym było wykonanie zdjęcia kosmetyków naturalnych w jesiennej aranżacji. Wciąż nie mogę wyjść z szoku, że to właśnie moja praca została wyróżniona! <3


Tak wyglądała moja nagroda <3 Mnóstwo cudowności nie tylko kosmetycznych. A samo opakowanie? Chyba widzicie, że nie kłamałam pisząc, że sklep nas rozpieszcza. Kolor pianek wypełniających i kokardy, którą opleciony był karton mnie oczarowały. Uwielbiam takie odcienie! Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek i słodkości - przepysznych krówek z logo sklepu. Dla takiego łasucha jak ja, nawet to było piękną niespodzianką :D Jeżeli zainteresowała was otrzymana przeze mnie paczka, poniżej znajdziecie opis każdego produktu :)


# MERMAID SALON absolutny, niekwestionowany hit Instagrama - pędzel do nakładania podkładów płynnych, korektorów i do konturowania twarzy w kształcie rybki. Marzyłam o nim od dawna i jak tylko zobaczyłam go w zestawie, który można było wygrać, poczułam ścisk w żołądku. Pędzel jest oczywiście w 100 % oryginalny, sprowadzany przez sklep Krem de la Krem prosto z Australii - nie mylmy z podróbami z Aliexpress! Pędzle występują w pięknych, błyszczących, tęczowych, syrenkowych kolorkach <3 Ja otrzymałam czarny, który jest również przepiękny! Jego matowe wykończenie powala!
Cena w Krem de la Krem: 68 zł
Kupicie TUTAJ


# MIYA My Wonderbalm I Love Me - krem odżywczy z olejkiem różanym, który kusił mnie od dawna - to własnie jeden z produktów, które szybko powędrowały na moją wishlistę w Krem de la Krem. Mnóstwo pozytywnych opinii, świetny skład - pokochałam kosmetyki różane miłością bezwzględną, bo tonizują, odżywiają i rozświetlają skórę, czyniąc ją aksamitnie miękką i pozbawiając niechcianych zaczerwienień. Krem testuję już kilka dni i muszę wam powiedzieć, że się na nim absolutnie nie zawiodłam. Ma gęstą konsystencję, ale świetnie się wchłania, nie pozostawiając ani lepkiej, ani tłustej warstwy. Po jego użyciu skóra w dotyku jest aksamitna, jak po nałożeniu bazy pod makijaż - kochacie to uczucie tak samo jak ja? <3 A zapach? Jest cudownie różany! Ten produkt to moje absolutne odkrycie!
Cena w Krem de la Krem: 29,50 zł / 75 ml
Kupicie TUTAJ


# YOPE regenerujący krem do rąk Imbir & Drzewo sandałowe. Markę YOPE znam i uwielbiam, cenię w niej to, że składy są niemalże w 100 % naturalne. Krem do rąk posiada akurat aż 98 % naturalnych składników. Posiadam w swojej kolekcji kremów do rąk wersję Herbata & Mięta i jestem w niej za-ko-cha-na! Świetnie nawilża, cudownie pachnie, a design opakowania jak zwykle zwala z nóg. Tego kremu jeszcze nie otworzyłam, ale zapach znam z innych produktów (mydeł i balsamów), więc mogę go wam śmiało polecić :)
Cena w Krem de la Krem: 29,50 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Body Boom małe opakowanie peelingu kawowego w wersji miętowej. Mam na wykończeniu pełnowymiarowy produkt i przyznaję, że znajduje się on na mojej liście niezbędników, ale na lato. Dlaczego? Bo zapewnia rewelacyjny efekt chłodzenia ciała. Sam peeling bazuje na kawie robusta i idealnie dobranych olejkach i składnikach pielęgnujących. Pomaga zwalczać cellulit i zmniejsza widoczność rozstępów. Czy warto posiadać go w swojej łazience? Jak najbardziej! Pełnowymiarowe opakowanie wystarcza na wiele aplikacji.
Cena w Krem de la Krem: 64 zł / 200 g
Kupicie TUTAJ


# Make Me BIO. woda różana 100 % naturalna. Mam ten produkt - był jednym z tych, które zamówiłam podczas swojej pierwszej wizyty w Krem de la Krem, zaraz po otwarciu. Ciekawostka: Byłam pierwszą klientką sklepu <3 Wody używam zamiast toniku oraz do rozcieńczania glinek. W obu rolach sprawdza się idealnie, bo ma właściwości tonizujące, nawilżające i odświeżające. Butelka posiada wygodny atomizer, który ułatwia aplikację wody. Na początku nie podobał mi się zapach, bo przypominał mi nieco goździki, których nie lubię, ale szybko się do niego przyzwyczaiłam i już mi nie przeszkadza, a nawet go polubiłam :)
Cena w Krem de la Krem: 14,90 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Cosnature regenerujący szampon do włosów z awokado i migdałami, który bardzo mnie ciekawi, bo naczytałam się o zbawiennych właściwościach awokado w kontekście dbania o włosy. Moje są w dość kiepskim stanie po kilkukrotnym rozjaśnianiu, więc z przyjemnością będę testować ten produkt! Przeznaczony jest do włosów suchych, zniszczonych i farbowanych, więc idealnie :)
Cena w Krem de la Krem: 17,90 zł / 200 ml
Kupicie TUTAJ


# It's Skin maseczka z wyciągiem z borówek i Vianek maseczka łagodząca z olejkiem kokosowym. Maseczka It's Skin w tej wersji to dla mnie nowość, ale używałam już inne maski tej marki i byłam zadowolona, więc bardzo się cieszę na kolejne testy :)  
Maseczka nie jest dostępna w Krem de la Krem.
Maseczka Vianka jest moją ulubioną z tej serii maseczek. Używałam wszystkich trzech i w tej się totalnie zakochałam. Jest to maska łagodząca, a moja skóra często bywa podrażniona, więc działanie ma dla mnie idealne. Polecam ją każdej z was, jeśli macie problemy z nadwrażliwością skóry. Maska jest na bazie białej glinki, więc jest niezwykle delikatna <3
Cena w Krem de la Krem: 5 zł / 10 g
Kupicie TUTAJ


# Korana Miodowy Dotyk bezwodne masło do ciała oparte wyłącznie na maśle Shea i naturalnych olejach roślinnych: migdałowym, winogronowym, z awokado oraz oliwie z oliwek. Skład jest re-we-la-cyj-ny! Jestem pewna, że ten produkt świetnie nawilża nawet bardzo suchą skórę. Zimą na pewno będę stosować go również na usta i dłonie. Jestem go bardzo ciekawa!
Cena w Krem de la Krem: 31 zł / 150 ml
Kupicie TUTAJ


# Born to Bio fiołkowy żel pod prysznic. Zarówno marka, jak i sam produkt to dla mnie nowość. Przyznam szczerze, że nigdy nie używałam niczego o zapachu fiołka, więc tym bardziej ciekawość mnie zżera. Żel musi jednak jeszcze troszkę poczekać, bo mam otwartych już kilka produktów pod prysznicem i muszę dotrwać do końca. Czas na uporządkowanie w tym temacie! :P
Cena w Krem de la Krem: 21,90 zł / 300 ml
Kupicie TUTAJ


# HAGI naturalne mydło ze skrzypem polnym, wyrabiane ręcznie metoda na zimno. Z jednego z poprzednich postów już wiecie, że uwielbiam naturalne mydła, które można stosować do twarzy. Skład tego jest dość "bogaty" w porównaniu do mydeł, których używam od lat, ale na pewno je wypróbuje. Zachęca do tego zawartość w składzie olejów roślinnych, maseł i skrzypu polnego. Jestem ciekawa, jak to cudo sprawdzi się na mojej skórze :)
Cena w Krem de la Krem: 18 zł / 100 ml
Kupicie TUTAJ


# Muffin Stefan absolutnie przeurocza babeczka do kąpieli, w której się zakochałam i którą ciągle oglądam i macam. Mimo, że nie mam wanny, trzymam takie produkty na jakieś specjalne okazje - urlop, wyjazd służbowy. Często przebywam w hotelach, w których dostaję pokój z wanną i w takie właśnie podróże zabieram najlepsze cuda. Ta muffinka stała się od razu moim numerem 1 i już nie mogę się doczekać naszej wspólnej kąpieli <3
Muffinka nie jest dostępna w Krem de la Krem.


# Chłodząca maska na oczy w kształcie truskawek. Uwielbiam tego typu maski i mam ich w swoim zbiorze już kilka. Wkładam je na 15-20 minut do lodówki, a potem relaksuję się leżąc z nimi na oczach. Cudownie chłodzą i odświeżają skórę wokół oczu - jeśli jeszcze są tak piękne, jak te truskawy, to nie mam wątpliwości, że używanie ich to czysta przyjemność!
Maseczka nie jest dostępna w Krem de la Krem.


# O'Herbal odżywka do włosów w formacie podróżnym. Uwielbiam markę O'Herbal, posiadam w swoim zbiorze zarówno szampony jak i odżywki. Cieszę się niesamowicie, że mój ulubiony wariant będę teraz miała w miniaturowym opakowaniu, które mogę zabrać ze sobą w każdą podróż. To cudowny prezent do nagrody, która przecież sama w sobie i tak była prezentem! <3
Produkt ten jest często dodawany jako gratis do zamówienia :)
Produkty marki O'Herbal kupicie TUTAJ

Jak widzicie, wygrałam same wspaniałości. Nie mogę się doczekać, aż przetestuję wszystko. Jeszcze raz dziękuję całej Załodze Krem de la Krem za wyróżnienie mojego zdjęcia i za niezmiennie wspaniałe podejście do każdego klienta. Na koniec raczę was widokiem cudownymi kartek, które są dokładane do każdej paczki i również życzę wam miłego i pięknego dnia! :)


piątek, 13 października 2017

Moje nowości Kringle Candle i Country Candle

Moje nowości Kringle Candle i Country Candle

Co czujecie otwierając paczki z produktami swoich ulubionych marek? Ja, otwierając przesyłkę od Kringle Candle byłam niesamowicie podekscytowana, bo wiedziałam, jakie wspaniałości się w niej znajdują! Otrzymałam 3 świece w słojach - małą Country Candle oraz średnią i dużą Kringle Candle.

Jak wybrałam zapachy?

Postanowiłam postawić na: dla mnie totalną nowość, której byłam niesamowicie ciekawa, na zapach, który mi się spodobał, ale nigdy go nie kupiłam oraz na mojego zapachowego ulubieńca.

Kto jest kim? Zapraszam na relację! :)


Mała świeca Country Candle COZY CABIN - 46 zł / 104 g

Opis Producenta:
Brązowy cukier, laska wanilii I ciepłe cynamonowy dodatki otoczone bogatymi nutami drewna spowijają końcowy efekt delikatną, czarowną mgiełką.

Wyciągając z kartonu tę świeczkę powiedziałam sama do siebie: "Ojjjjj, ale maleństwo!". Potem podniosłam wieczko i... Przepadłam! Zapach dla mnie nie ma nic wspólnego z tym jak opisuje go Producent. Przywołuje na myśl jedne z najpiękniejszych dla mnie wspomnień - zimowe spacery.
Jak ja go czuję?
Dla mnie jest to połączenie zapachu mrozu z wydostającym się z kominów zapachem palonego drewna. Jest wspaniały! Spacerując zimą upajam się tym zapachem i chcę go zachować w pamięci na dłużej - teraz mogę mieć go w swoim domu, to niesamowite <3


Średnia świeca Kringle Candle COMFY SWEATER - 85 zł / 454 g

Opis Producenta:
Bardzo łatwo wtulić się w chłodnie dni w ulubiony, ciepły sweter.

W tej świecy wyczuwalne mają być nuty między innymi wełny, pudru, wanilii. Ja na pewno go tak nie zapamiętałam, wąchając wosk w Drogerii. Pamiętam, że zastanawiałam się nad zakupem, ale ostatecznie postawiłam na zupełnie inny zapach.
Jak ja go czuję?
Według mnie to niemalże identyczny zapach jak Baby Powder od Yankee Candle. Pachnie połączeniem dziecięcej zasypki i kremu Nivea. Uwielbiam ten zapach - od lat zaopatruję się w świece dostępne w IKEA o tym właśnie zapachu :)
Warto dodać, że świece Kringle w średnim rozmiarze mają już 2 knoty, bo średnica słoja jest naprawdę bardzo duża. Dzięki temu świeca pali się równomiernie. Dla mnie bomba!


Duża świeca Kringle Candle HOT CHOCOLATE - 109 zł / 623 g

Opis Producenta:
Hot Chocolate to głęboki, bogaty, wypełniony prawdziwą czekoladową łagodnością produkt - doskonale rozgrzewa zimą!

Zacznę od tego, że słój jest naprawdę ogromny! Byłam w szoku, kiedy wyjęłam go z kartonu. Również ma 2 knoty, co jest zrozumiałe przy takich wymiarach. Wybrałam właśnie ten zapach, bo jest moim ulubieńcem od Kringle. Dostałam go kilka miesięcy temu w wersji małej świeczki Daylight od przyjaciółki. To była miłość od pierwszego powąchania - serio! Bardzo się cieszę, że będę mogła zatrzymać w swoim domu ten zapach na dłuuuugie miesiące <3 No właśnie. Zapach.
Jak ja go czuję?
Zgadzam się z każdym słowem, które napisał Producent. Zapach jest głęboki, bogaty i pachnie prawdziwą czekoladą. Jest niesamowicie intensywny - zapach unosi się w mieszkaniu przez wiele godzin po zgaszeniu świeczki. Uwielbiam takie produkty!


A wy? Macie swoich świeczkowych ulubieńców? Co polecicie na okres jesienno-zimowy? :)

czwartek, 12 października 2017

Lawendowa Farma - sklep z duszą i cudownościami dla ciała i zmysłów

Lawendowa Farma - sklep z duszą i cudownościami dla ciała i zmysłów

Dziś przychodzę do was z małym haulem zakupowym z mojego ukochanego sklepu Lawendowa Farma. Jest to miejsce w sieci, które uwielbiam od lat. Sklep oferuje mydła ręcznie wyrabiane metodą na zimno, które mają 100 % naturalne składy. Oprócz mydeł w asortymencie znajdziemy między innymi balsamy do ciała, masełka shea czy naturalne nalewki octowe do włosów. Ja w Lawendowej Farmie zaopatruję się od około 7 lat - moim pierwszym zakupem było mydło "Aktywny Węgiel", które zawsze mam w domu. Po kilku latach zakochałam się również w mydle "Czarne na Białym", które jest połączeniem mydła kokosowego (na bazie zmydlonego oleju kokosowego, zmydlonej oliwy z oliwek, zmydlonego olejku rycynowego i wody) i wiórek mydła "Aktywny Węgiel".
Tym razem do zakupów skusił mnie czyścik do twarzy "Plastelinka Muminka". Jest to dla mnie nowość, której jestem bardzo ciekawa.

Co jeszcze kupiłam? Zapraszam na relację! :)


Plastelinka Muminka - 34 zł / 60 g
Gotowy czyścik do twarzy z dodatkiem białej glinki kaolinowej, która pomaga leczyć wypryski i stany zapalne oraz usuwa martwy naskórek. Białą glinkę można stosować na każdy rodzaj cery, nawet na bardzo wrażliwą-jest naprawdę delikatna. Plastelinka pachnie lawendowo-kaolinowo i jest prosta w użyciu: kawałek  wielkości grochu kładziemy na dłoni, dodajemy odrobinę wody, rozcieramy w dłoniach, a uzyskaną "paćkę" rozprowadzamy dłońmi na twarzy z pominięciem oczu, chwilę masujemy,  po czym zmywamy ciepłą wodą, nie pozostawiamy jej na twarzy na  dłużej. Skóra po takim zabiegu jest czysta, miękka i zregenerowana.


Skład:
biała glinka kaolinowa, mączka migdałowa, gliceryna roślinna, suszony kwiat lawendy, eteryczny olejek lawendowy.

Czyż nie brzmi wspaniale? Białą glinkę uwielbiam, jest idealna dla mojej skóry, a czasem każda z nas potrzebuję silniejszego oczyszczenia niż tradycyjne mycie twarzy. Jestem bardzo ciekawa tego produktu - dajcie znać, czy jesteście zainteresowane jego recenzją po kilku użyciach! :)

Czyścik ma konsystencję gęstej, rozrobionej glinki, z której utworzono kulę. Przypomina też wyrobione ciasto, odłożone do lodówki do schłodzenia i lekkiego utwardzenia. Pachnie faktycznie lekko glinkowo, czuć też lawendę i jakby kamforę? Ale naprawdę delikatnie. Cząstki lawendy wyglądają pięknie!


Aktywny Węgiel - 14 zł / 100 g
Czarne mydła to nasze "czarne złoto", bo sprzedajemy ich najwięcej. Czarne mydła mają same zalety (no, dobrze, minusem jest  czarny kolor). Zawierają aktywny węgiel drzewny, który dzięki swej ogromnej powierzchni adsorpcyjnej pochłania bakterie, trucizny, przykre zapachy, bardzo  skutecznie oczyszcza skórę trądzikową, pieni się obficie (szara, ale nie brudząca piana), dobrze zastępują wybielającą pastę do mycia  zębów (nie należy myć codziennie, bo może ścierać szkliwo, najlepiej 2 razy w tygodniu.
 


Skład: 
zmydlony olej kokosowy, zmydlona oliwa z oliwek, woda destylowana, zmydlony olej ze słodkich migdałów, aktywny węgiel drzewny.

Jak już wspomniałam, tego mydła używam regularnie od około 7 lat. Jest to produkt, który wyleczył moją cerę z wyprysków i zaskórników. Już po kilku tygodniach używania widziałam ogromną różnicę i wiedziałam, że nigdy nie rozstanę się z tym mydłem. Kiedy mam dość ładną cerę, używam innych wariantów z Lawendowej Farmy (polecam np. mydło "Czysty Kokos", które jest po prostu zmydlonym olejem kokosowym. Jest idealne do demakijażu!). Jednak bywają okresy, kiedy mimo wszystko pojawiają się wypryski, bądź uczulenia. Wtedy sytuację ratuje właśnie to cudo <3 Mydłami z Lawendowej Farmy zmywam makijaż. Wszystkie radzą sobie z tym świetnie, bo są na bazie olejów. Po zmyciu makijażu mydłem oczywiście ponawiam mycie żelem lub pianką (produktem na bazie wody).


Kokosowa Pianka z Aloesem - 14 zł / 100 g
Sporządzana na bazie prawdziwego mleka kokosowego, które super nawilża i sprawia, że piana jest JEDWABISTA! A do tego pachnie limonką i najprawdziwszym cedrem atlaskim! Do ciała, do twarzy, do włosów!

Skład: 
zmydlony olej kokosowy, zmydlona oliwa z oliwek, zmydlony olej rycynowy, zmydlony olej ryżowy, mleko kokosowe, woda, żel aloesowy ekstrakt, olejek eteryczny cedr atlaski, olejek eteryczny limetkowy,*limonen.
*Występuje naturalnie w olejku eterycznym.

Kiedy tylko zobaczyłam opis tego mydełka wiedziałam, że muszę je mieć. Świetna baza z kilku drogocennych olejków, a do tego mleczko kokosowe i żel aloesowy. Coś czuję, że to będzie mój kolejny must have przy demakijażu :)


Płatki Róży - 14 zł / 100 g
Płatki Róży, ale uwaga! - tym razem nie pachnie różą, bo dodaliśmy olejek lawendowy i palmarosowy. Zawiera naprawdę dużo oliwy i masła shea, dlatego wybornie natłuszcza, zmiękcza i nawilża, wspaniale się pieni, polecamy jako bardzo przyjemne mydło na co dzień, do mycia twarzy, do kąpieli i pod prysznic.

Skład:
zmydlona oliwa z oliwek, zmydlony olej kokosowy, zmydlony olej ryżowy, zmydlone masło shea, woda, suszone płatki róży, olejek eteryczny lawendowy, olejek eteryczny.


To mydełko otrzymałam w prezencie do zakupów. Początkowo nie wiedziałam, jaki ma skład, bo nie było dostępne w Sklepie, ale jego opis już jest na stronie, a ja dostałam informację, że niedługo będzie w sprzedaży! To cudownie, bo zdążyłam je już przetestować i to naprawdę interesujący produkt.

Jak widzicie, mydła i czyścik mają naturalne i rewelacyjne składy. Ja w produktach z Lawendowej Farmy nigdy nie widzę minusów - no może brak zapachu kokosa w produktach kokosowych, ale przy tak świetnych mydłach w ogóle mi to nie przeszkadza! Plusem jest również możliwość zamówienia kostek mini, które są w atrakcyjnej cenie - obecnie 8 zł / 50 g - i pozwalają na przetestowanie mydła bez konieczności zakupu dużej, niezwykle wydajnej kostki (kostki mini również są bardzo wydajne, mi spokojnie wystarczają nawet na kilka miesięcy użytkowania :) ).

Polecam z całego serca zarówno Sklep, jak i jego asortyment. Jeszcze nigdy się nie zawiodłam i jestem wierną klientką od lat! Testowałam wiele podobnych mydeł innych marek, między innymi Cztery Szpaki, ale żadne mnie tak nie zachwyciły :) 

środa, 11 października 2017

Zoeva Bamboo vol. 2 - wegański zestaw pędzli po kilku latach użytkowania

Zoeva Bamboo vol. 2 - wegański zestaw pędzli po kilku latach użytkowania

Zastanawiacie się czasem jak pędzle z wyższej półki zachowują się po kilku latach ich użytkowania? Jeśli tak, przychodzę wam dziś z pomocą i z odpowiedzią.
Swój zestaw wegańskich pędzli od Zoeva wygrałam około 5 lat temu w konkursie organizowanym na Fanpage'u magazynu JOY. Wtedy nie miałam zbyt dużego pojęcia o makijażu i o akcesoriach niezbędnych do jego wykonania. Pędzle trochę przeleżały w szafie, po czym totalnie wkręciłam się w temat make-up'u i pielęgnacji twarzy, więc pędzle poszły w ruch.

Zakochałam się w nich od pierwszego użycia! Są miękkie, puchate, świetnie aplikują zarówno mokre, jak i suche produkty. Idealnie się domywają i nie niszczą podczas czyszczenia. Nie wyobrażam sobie już codziennej pracy bez nich, a szczególnie bez jednego pędzla, co widać na zdjęciach - skośny pędzelek do zaznaczania brwi i kresek poszedł w ruch od razu po umyciu, a jeszcze przed zrobieniem zdjęć ;)

Jakie pędzle znalazły się w zestawie?


Zacznę od tego, że zestaw to nie tylko same pędzle, ale także tuba, w której je przechowuję oraz wygodna kosmetyczka.

W skład pędzli w tym secie weszły:

128 Cream Cheek - do różu, do bronzera - ja używam go do aplikacji różu. Świetnie blenduje i nie robi plam. Jest cudowny!

103 Defined Buffer - do nakładania podkładu - używałam go w ten sposób przez jakiś czas, ale jestem jednak fanką Beauty Blendera i zdecydowanie podkład wolę aplikować gąbką. Ten pędzel jest mi więc zbędny.

109 Face Paint - do konturowania twarzy - służy mi on do nakładania bronzera w załamaniu kości policzkowych (poniżej kości policzkowych). Bronzer bardzo wygodnie się aplikuje, pięknie stapia się ze skórą.

105 Highlight - do aplikacji rozświetlacza, różu - ja przy jego pomocy nakładam na twarz puder wykańczający makijaż. Nadaje się do tego idealnie - można nim "wciskać" puder w skórę lub delikatnie ją "oprószyć". Jest mięciutki i naprawdę świetnie sprawdza się w tej roli :)

142 Concealer Buffer - do aplikacji korektora - tego pędzla nie lubię, bo włosie jest bardzo zbite i pędzel jest po prostu twardy. Pewnie taki właśnie ma być podczas aplikacji korektora, ale ja zdecydowanie nie lubię robić tego w ten sposób. Jest to drugi pędzel z zestawu, którego po prostu nie używam.

227 Soft Definer - do aplikacji i blendowania cieni - ten pędzel to mój must have w aplikacji cieni na powiekę. Do blendowania nadaje się idealnie! Jest miękki, puszysty. Nie robi plam i nie ściera cieni. Od dawna szukam mu kolegi i idzie mi to dość opornie ;)

232 Classic Shader - do aplikacji cieni na całej powierzchni powieki - bez tego pędzla nie ma żadnego mojego makijażu. Tak jak jego poprzednik jest miękki, tylko włosie jest nieco bardziej zbite, co pomaga w aplikacji cieni na całej powiece. Cudo cudo cudo!

317 Wing Liner - do eyelinera - ten pędzel to taka "truskawka na torcie" (wybaczcie, jestem fanką piłki nożnej, jeśli wiecie kim jest Tomasz Hajto i w jak zapadający w pamięć sposób wypowiada to zdanie, to chwała dla was! :P). Jak już wyżej wspomniałam, tego pędzla używam do podkreślania brwi i nie wyobrażam sobie życia bez niego! To jedyny skośny pędzelek, który idealnie pozostawia cień do brwi na skórze. Nie "zabiera go ze sobą" podczas aplikacji, tylko faktycznie pozostawia zaznaczoną linię. Jest najlepszy na świecie!

Jak dbam o pędzle i w jaki sposób "zakonserwowałam" je przez lata?



Do mycia pędzli używam gumowego jajeczka BrushEgg oraz naturalnego mydła do mycia dłoni i ciała YOPE. BrushEgg ma specjalne wypustki, które pomagają wyciągnąć brud z pędzli, a mydło YOPE jest na tyle delikatne, że nie niszczy włosia i nie rozpuszcza kleju.
Pędzle zawsze suszę na leżąco, co zapobiega rozpuszczeniu kleju, a co za tym idzie, dostaniu się go na włosie. Co ważne, część użytkową z włosiem zawsze wystawiam poza szafkę, na której suszą się pędzle, żeby nie odkształcić włosia! :)

Dzięki takiemu, regularnemu myciu, moje pędzle nadal są w świetnym stanie i pozwalają mi z nich stale korzystać.Nie zamieniłabym ich na żadne inne i jestem pewna, że jak będę musiała je wymienić, kupię kolejny zestaw Zoeva - pomimo wysokiej ceny, której zdecydowanie są warte.

Ponadto pamiętajmy, że są wegańskie, wykonane w 100 % z syntetycznego włosia. Dla mnie to dodatkowy plus.

A wy? Macie swoje ulubione pędzle? Podzielcie się ze mną w komentarzach! :) Ja oczywiście używam również wielu innych pędzli, z których jestem bardzo zadowolona! Zoeva to po prostu mój Numer 1 :)

piątek, 6 października 2017

"Pax" Sara Pennypacker - współczesny "Mały Książę"

"Pax" Sara Pennypacker - współczesny "Mały Książę"



Ostatnio w moim życiu zawodowym bardzo dużo się dzieję, przez co znajduję coraz mniej czasu na przyjemności. Udało mi się jednak wygospodarować dwa wieczory i przeczytać już dawno kupioną książkę pt: "Pax", która w bardzo krótkim czasie zdobyła kilka świetnych nagród, przyznawanych przez czytelników oraz krytyków. Byłam jej ogromnie ciekawa z kilku względów:
Po pierwsze, pozytywne opinie, których przeczytałam mnóstwo.
Po drugie, wieść, że jest to współczesna historia "Małego Księcia", która nie wiadomo, czy dedykowana jest dorosłym, czy dzieciom.
Po trzecie, ilustracje rewelacyjnego Jon'a Klassen'a.
Po czwarte, lisek, który wygląda jak mój pies.


Kilka słów o książce:
"Książka nagrodzona tytułem Książki Roku 2016 lubimyczytać.pl w kategorii Literatura dziecięca. Odkąd Peter uratował osieroconego liska, on i Pax byli nierozłączni. Pewnego dnia dzieje się jednak coś, czego Peter nigdy by się nie spodziewał: jego ojciec idzie do wojska i chłopiec musi się przeprowadzić do dziadka, którego słabo zna i raczej nie lubi (ze wzajemnością) – a lisa wypuścić do lasu.
Jednak już pierwszej nocy Peter wymyka się z domu dziadka i wyrusza do swojego, oddalonego o 500 kilometrów, gdzie ma nadzieję zastać Paxa.
Lis w tym czasie musi się nauczyć, jak przetrwać w dzikim lesie, i na nowo odkryć świat ludzi i zwierząt. Nigdy jednak nie traci nadziei, że jego chłopiec po niego wróci.
Czy dwunastolatek dotrze sam do domu? I czy odnajdzie tam Paxa?"


Zacznę od tego, że popłakałam się już na pierwszych stronach. Historia jak ich wiele - pozostawienie ukochanego zwierzęcia samemu sobie, zwierzęcia oddanego w pełni człowiekowi, zwierzęcia, które przygląda się jak jego człowiek odjeżdża samochodem. Zwierzęcia, które wiernie czeka, bo wierzy, że ukochany człowiek wróci. Bo przecież zawsze wraca.
Jestem totalnym wrażliwcem jeżeli chodzi o krzywdę zwierząt, dlatego nawet pisząc to, poryczałam się jak dziecko. Nie chcę zdradzać wielu szczegółów, ale powiem tylko tyle, że na ostatnich stronach również płakałam jak bóbr. Jeżeli lubicie takie emocje w książkach, ta pozycja zdecydowanie jest dla was. Ja swoją przekazałam przyjaciółce i mam nadzieję, że jej spodoba się tak jak mnie.

Książka napisana jest przyjemnym językiem, dzięki czemu czyta się ją lekko i przyjemnie. Historia opowiedziana jest z dwóch perspektyw:
Petera, który pozostawił lisa w lesie oraz lisa, który czeka na swojego chłopca. Są więc przedstawione skrajne emocje, co jest w tej książce najpiękniejsze. Dowiadujemy się, co czuje chłopiec po stracie ukochanego zwierzaka oraz poznajemy uczucia zwierzęcia, które nie do końca rozumie co się stało. Myślę, że może to być lekcja dla wielu z nas.

Sądzę, że ta pozycja jest idealna zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Każdy z nas znajdzie w niej swój przekaz i swoje emocje - zapewniam was. Dlatego właśnie z czystym sumieniem polecam ją każdemu.

Teraz "Pax" ma szansę zdobyć tytuł "Najlepszej książki na jesień", w plebiscycie organizowanym przez serwis Granice.pl. Ja już zagłosowałam - możecie zrobić to TUTAJ.


Ja pokochałam "Pax'a" miłością bezgraniczną. Może dlatego, że taką miłością darzę mojego rudego psa, którego wyobrażałam sobie czasem, "cierpiąc" razem z tytułowym liskiem.

piątek, 29 września 2017

Yankee Candle Warm Cashmere - miłość od pierwszego powąchania

Yankee Candle Warm Cashmere - miłość od pierwszego powąchania

Jeszcze niedawno nie byłam fanką zapachów typu "otulacz". Wszystkie wąchane przeze mnie warianty zapachowe, takie jak chociażby Cashmere & Cocoa od Kringle Candle, które rozkochały w sobie miliony, nie miały dla mnie w sobie nic ciekawego. Uważałam je za mdłe i mało przyjemne. I pewnego dnia wszystko zmieniło się jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Postanowiłam przetestować kilka zapachów, żeby móc dodać obiektywny post na Fanpage'u Drogerii, z którą współpracuję. Nagle te zapachy krzyczały do mnie, mówiły "weź mnie ze sobą", wprowadzały mnie w cudownie jesienny nastrój.

Razem z nimi w moim domu nastała ukochana przeze mnie jesień.


Jak tylko przeczytałam na jednym z blogów recenzję wosku Yankee Candle Warm Cashmere, za którą swoją drogą cholernie dziękuję, wiedziałam, że muszę go mieć. Skusiła mnie już sama sweterkowa naklejka i kolor, taki idealnie otulający i ciepły. Swój wosk dostałam w prezencie od przyjaciółki, z którą regularnie wymieniam listy i przy tej okazji obdarowujemy się też prezentami. Byłam zachwycona!

Co o wosku mówi Producent? W zasadzie niewiele:

"Otul się luksusem wyciszających nut drzewa sandałowego i egzotycznej paczuli". 

Zacznę od tego, że nie wiem, jakie konkretnie nuty ja w nim wyczuwam. Dla mnie pachnie włochatym i mięciutkim sweterkiem mojej mamy, który nosiła kiedy byłam dzieckiem. Zapach perfum, wnikający w kaszmir, pachniał właśnie tak. Wydaje mi się, że czuję w nim jakiś krem - ale nie taki idealnie waniliowy, po prostu zapach kremowy, połączony być może z pudrem?
Zapach na pewno ciężko jest opisać. Jednakże zdecydowanie kojarzy się z jesienno-zimowymi swetrami, z ciepłym kocem, pod którym wylegujemy się w chłodne wieczory. Jest domowy, kremowy i przyjemnie mdły, jeżeli wiecie, co mam na myśli.

Zdecydowanie jest między nami miłość!

środa, 27 września 2017

Naturalne Glinki Nacomi - 4 strony pielęgnacji skóry

Naturalne Glinki Nacomi - 4 strony pielęgnacji skóry


Glinki kosmetyczne stały się pożądanym elementem współczesnej pielęgnacji twarzy, ciała i włosów. Glinka to minerał, który oczyszcza skórę z nadmiaru sebum i pozostałości makijażu oraz wspomaga procesy regeneracji i odnowy naskórka.

Dziś chcę pokazać wam zestaw glinek od marki Nacomi, które zaspokajają potrzeby każdego rodzaju skóry. Z każdej z nich możemy przygotować maski idealne.

Jak to zrobić? I jak ja wykorzystuję każdą z tych glinek? Zapraszam na zapoznanie się z moimi doświadczeniami :)


Glinka biała jest najłagodniejszą glinką na rynku, dlatego będzie idealna nawet dla bardzo wrażliwej skóry. Sama taką mam, więc sprawdziłam na sobie. Glinka ta ma za zadanie złagodzić stany zapalne i wszelkiego rodzaju podrażnienia skóry. Dlatego właśnie uwielbiam łączyć ją z żelem aloesowym. Żeby jednak uzyskać idealną konsystencję, żel najpierw dokładnie rozrabiam z wodą mineralną lub naturalnym hydrolatem roślinnym - często wybieram lawendowy, bo na moją skórę działa naprawdę zbawiennie w przypadku niepożądanych "wydarzeń" na twarzy. Kiedy uzyskam płynną konsystencję mieszanki, dodaję ją do glinki i mieszam do momentu powstania konsystencji maski. Nakładam ją na twarz na około 10-15 minut i co jakiś czas spryskuję twarz użytym hydrolatem, żeby nie dopuścić do zaschnięcia maski. Robię tak w przypadku każdej glinki - PAMIĘTAJCIE, ŻE WYSCHNIĘTA GLINKA TRACI SWOJE WŁAŚCIWOŚCI!
Po użyciu tak przygotowanej maski moja skóra jest wyraźnie ukojona i oczyszczona. Przygotowanie jej 2 razy w tygodniu wpływa na przyspieszone gojenie się stanów zapalnych i znikanie objawów uczuleń.


Glinka zielona przeznaczona jest dla skóry tłustej, mieszanej i trądzikowej. Używam jej do masek do twarzy kiedy na mojej skórze pojawia się mnóstwo zaskórników, a skóra robi się przez to jeszcze bardziej tłusta. Rozrabiam ją z hydrolatem rozmarynowym, który często przedstawiany jest jako kosmetyk pomocny przy walce z łupieżem. A dlaczego jest w tym świetny? Bo świetnie usuwa sebum! Połączenie go z glinką zieloną jest więc idealne :)
Glinkę zieloną stosuję również do peelingu głowy, którym zainteresowała mnie cudowna Kinga z bloga malezyciee.blogspot.com, za co jej bardzo dziękuję.

Jaki mam przepis na peeling głowy?
W misce przygotowuję mieszankę ulubionej maski do włosów z olejkiem migdałowym i żelem aloesowym. Mieszankę wmasowuję w skórę głowy, po czym "dokładam" glinkę zieloną. Jest ona tępa, więc ciężko się rozprowadza, ale radzę sobie. Maskę z glinką pozostawiam na skórze głowy około 10-15 minut, po czym myję włosy. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że moja skóra jest bardziej gładka, że łatwiej jest mi się pozbyć resztek po suchym szamponie i że moje włosy dłużej pozostają świeże. To naprawdę moje odkrycie!


Glinka czerwona idealna jest dla cery naczynkowej i skłonnej do pojawiania się wyprysków. Ja nie mam problemu z naczynkami na twarzy, dlatego tę glinkę do twarzy stosuję niezwykle rzadko - zawsze wtedy, kiedy zaskórniki powodują zaczerwienienie się czoła. Lubię ją wtedy rozrobić z wodą różaną, która łagodzi u mnie tego typu przebarwienia.
Glinkę czerwoną stosuję jednak jako bazę maski do ciała. Z naczynkami w pewnym wieku zaczęłam mieć problem na udach i na zgięciu kolan z tyłu. Latem nie wygląda to dość ładnie, dlatego tę glinkę rozrabiam z wodą mineralną i nakładam na około 15 minut na miejsca, w których widoczne są naczynka. Nie oczekuję od tej maski cudów, ale choćby minimalnego zmniejszenia widoczności naczynek i tak też się dzieje.


Glinka Ghassoul świetnie oczyszcza, ale jest przy tym łagodna, dlatego nadaje się do każdego rodzaju skóry. Kiedyś przeczytałam, że ten rodzaj glinki jest idealny dla skóry suchej, ale pod warunkiem, że do maski dodamy kilka kropli ulubionego olejku. Moja skóra nie jest sucha, jest tłusta, ale często bywa przesuszona przez niedopasowanie nowych kosmetyków. Wtedy radzę sobie właśnie przy pomocy tej glinki. Rozrabiam ją z ulubionym hydrolatem i dodaję kilka kropelek olejku awokado. Skóra staje się oczyszczona, a suche skórki znikają. Polecam tę maskę wszystkim borykającym się z suchą lub przesuszoną skórą!

Wiecie co? Uwielbiam glinki. Głównie za ich wielofunkcyjność. A wy? Jak ich używacie? Chętnie poznam ich nowe zastosowanie! Dajcie znać w komentarzach :)
Copyright © 2016 eddieegger , Blogger