wtorek, 24 lipca 2018

Blog na wakacjach!

Blog na wakacjach!

Moi drodzy czytelnicy!

Wspominałam już o tym na mojej instagramowej części bloga, ale czuję się w obowiązku podkreślić ten fakt jeszcze tutaj. Mój blog udał się na wakacje! I to zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Mnóstwo czasu zabierają mi obowiązki służbowe związane ze zmianą stanowiska i niezwykle ważnym egzaminem, a ponadto za chwilę wybieram się na zasłużony urlop. Nie chciałabym poświęcać wpisom mniej czasu i serca niż dotychczas, dlatego wrócę do was po naładowaniu baterii :)

Pamiętajcie, że wciąż jestem dla was na INSTAGRAMIE, gdzie regularnie dodaję recenzje kosmetyków, książek i świec (ale i nie tylko! Znacie przecież moje zamiłowanie do ogółu cudownego świata!).
Pamiętajcie, że wciąż do was zaglądam i napełniam się pozytywną energią :)

Do kolejnego pachnącego, zaczytanego i uzdrawiającego "zobaczenia"!

środa, 6 czerwca 2018

Przygotowanie skóry i włosów do lata z marką NaturalME

Przygotowanie skóry i włosów do lata z marką NaturalME


Lato w tym roku przyszło do nas dużo wcześniej, niż przyzwyczaiło nas do tego przez ostatnich kilka lat. Upały i ostre słońce to coś, do czego powinniśmy się odpowiednio wcześniej przygotować, żeby nie narażać się na zniszczenia skóry i włosów. Świetnie, jeżeli dbamy o siebie przez cały rok – jemy świeże owoce i warzywa, czy pijemy przygotowywane przez siebie soki i koktajle. To wpływa na kondycję całego naszego organizmu, a nie tylko organów, które mamy wewnątrz.
Nie mniej jednak działanie od zewnątrz jest równie ważne, dlatego aby mieć piękną i gładką skórę, a także zdrowe włosy, potrzebujemy złuszczania, nawilżania i wszechobecnej pielęgnacji.
Chcę wam opowiedzieć o moim przygotowaniu do lata, w którym pomogła mi marka NaturalME. Poznałam ją stosunkowo niedawno i od razu zakochałam się w tych naturalnych produktach z prostymi, kolorowymi naklejkami na opakowaniach, które uwielbiam.
Zacznijmy moją opowieść od włosów.


WŁOSY

Ich pielęgnację wzbogaciłam o dwie maski olejowe NaturalMe:
1. Maska do olejowania włosów, która jest mieszanką olejów: arganowego, kokosowego, migdałowego, lnianego, winogronowego, jojoba i z wiesiołka.

Co o masce pisze Producent?
"Unikalna mieszanka naturalnych olejów zapewnia głębokie nawilżenie i odżywienie. Nadaje im miękkość oraz gładkość. Włosy stają się rozświetlone i nabłyszczone. Starannie dobrany zestaw olejów intensywnie zregeneruje strukturę zniszczonych włosów."

Maska cudownie pachnie – wydaje mi się, że jakby malinami. Uwielbiam ją za to! Butelka wystarczyła mi na kilka tygodni aplikacji 2 razy w tygodniu. Na początku miałam wrażenie, że nie widzę żadnych efektów. Włosy niby były takie same jak bez olejowania. Wiecie co? Wydaje mi się, że przy produktach do włosów zbyt wiele od nich oczekujemy. Liczymy, że po kilku zabiegach nagle cofną się nasze zniszczenia mechaniczne, albo włosy cudownie odzyskają sprężystość i blask. A to przecież nie jest takie proste… Dowodem na działanie tego produktu była moja wizyta u fryzjera, podczas której Pani zachwycała się kondycją moich włosów i pytała, co zmieniłam w ich pielęgnacji od naszego ostatniego spotkania. Uświadomiła mi, że naprawdę widać różnicę! Kupiłam już drugą butelkę tej maski (jestem w połowie) i powiem wam, że naprawdę już teraz sama widzę i czuję różnicę. Moje włosy są gładkie i miękkie w dotyku.

Maskę kupicie TUTAJ w cenie 24,99 zł za 75 ml.

2. Maska do olejowania skóry głowy, która jest mieszanką: bursztynu, skrzypu polnego, rozmarynu, imbiru oraz olejów: chia, tamanu i arganowego.

Co o masce pisze Producent?
"Specjalnie dobrany zestaw naturalnych ekstraktów i olejków intensywnie pobudza wzrost włosów. Przeciwdziała ich wypadaniu. Kondycjonuje i regeneruje skórę głowy. Działa przeciwzapalnie i łagodzi podrażnienia. Zauważalnie zmniejsza łojotok i łupież."

Maska do olejowania skóry głowy pachnie już typowo jak olej. Bardzo dobrze się ją aplikuje – nie spływa na włosy, więc spokojnie mogę stosować obie maski na raz. I tak właśnie robię. Czy coś z moją skórą głowy się zmieniło? Na pewno tak. Zauważyłam przedłużenie świeżości włosów o pół dnia w stosunku do tego, jak było przed rozpoczęciem olejowania skóry głowy. To i tak duży sukces, więc maskę oceniam pozytywnie. Włosy są jakby mocniejsze i faktycznie mniej ich wypada podczas mycia. Moja fryzjerka chwali regularnie szybki wzrost moich włosów i być może to zasługa wlaśnie tej maski.

Maskę kupicie TUTAJ w cenie 32,99 zł za 75 ml.

Obie maski stosuję oczywiście przed myciem włosów – nakładam je na około 20-30 minut na zwilżone włosy (hydrolatem roślinnym, żelem aloesowym albo odżywką w spray’u), po czym myję głowę jak zwykle.


TWARZ I CIAŁO

O skórę mojej twarzy i całego ciała dbają cztery produkty NaturalME, które są częścią nowości marki, dlatego nie mogłam się oprzeć sięgnięciu po nie. Większość tych produktów jest z rodzaju tych, których używa się nie tylko do twarzy, ale również do ciała i włosów, dlatego opowiem o ich szerszym zastosowaniu.

PEELING DO CIAŁA

To produkt, od którego powinnyśmy rozpocząć pielęgnację skóry. Kiedy już zadbamy o pozbycie się martwego naskórka, możemy śmiało przystąpić do regeneracji, nawilżania i pełnej pielęgnacji. Co takiego ma w sobie karmelowy peeling solny z aktywnym węglem od NaturalME, że jest idealny do stosowania przed nadejściem upalnego lata? Przede wszystkim zapewnia skórze nie tylko starcie martwego naskórka, ale także detoks i dogłębne oczyszczanie. A to wszystko zasługa właśnie aktywnego węgla, który ma między innymi właściwości bakteriobójcze - wniknie w każde włókienko skóry i oczyści je ze złogów niepożądanych substancji. Olejek arganowy i masło shea łagodzą podrażnienia i natłuszczają skórę.


Peeling pachnie cudownie – od tego trzeba zacząć. Słodkim karmelem, który ma się ochotę dosłownie pożreć! Ja go uwielbiam. Jest czarny od węgla, ale nie pozostawia na skórze ciemnego osadu po dokładnym spłukaniu ciała. Świetnie się nakłada, bo dzięki zawartości olejków dosłownie sunie po skórze – pod wpływem ciepła naszego ciała naprawdę pięknie ją natłuszcza.
Pamiętajcie jednak, że jest to peeling solny, więc jest dość ostry. Nie stosujcie go od razu po opalaniu, bo możecie dodatkowo podrażnić skórę. Ja używam go wtedy, kiedy moja skóra jest w dobrej kondycji, czyli kilka dni po opalaniu lub przed tym planowanym. Po użyciu peelingu skóra jest pachnąca i gładka, a co za tym idzie, świetnie wchłania produkty pielęgnacyjne. Dla mnie to produkt na duży plus.

Peeling kupicie TUTAJ w cenie 31,99 zł za 200 ml.


OLEJE

1. Olej z pestek (nasion) malin. Producent pisze, że łagodzi podrażnienia i regeneruje naskórek. W zeszłym roku dowiedziałam się, że olej z nasion malin jest najlepszym, naturalnym filtrem przeciwsłonecznym, jaki dała nam Matka Natura. Jego ochrona sięga nawet 50 SPF, dlatego właśnie nie rozstaję się z nim w słoneczne dni. Kiedy wiem, że będę zażywać kąpieli słonecznych, albo przebywać długo w nasłonecznionym miejscu, smaruję się olejkiem od stóp do głów. Dosłownie. Jeśli nie mam na sobie makijażu, to zaczynam od twarzy. Jeśli jednak mam makijaż, zawsze stosuję krem BB z filtrem – pamiętajcie o tym! Wtedy olejek malinowy nakładam na całe ciało, a wcześniej dodaję kilka kropli do maski po myciu włosów, bo one również potrzebują ochrony przed silnym promieniowaniem słonecznym. Odkąd stosuję ten produkt w taki właśnie sposób, zauważyłam, że moja opalenizna jest zupełnie inna. Jestem mniej różowa, a bardziej śniada, a zaczerwienienia, jeśli już są, szybciej brązowieją. Jeśli nawet przesadzę z kąpielą słoneczną, objawy poparzenia, takie jak pieczenie czy swędzenie skóry, są dużo mniej odczuwalne – dlatego wiem, że moja skóra jest dużo bardziej bezpieczna. Nie wyobrażam już sobie lata bez tego produktu!

Olejek kupicie TUTAJ w cenie 26,99 zł za 50 ml.

2. Olej z pestek truskawek. Producent zaleca stosowanie jeśli potrzebujemy regeneracji, ochrony i nawilżenia - szczególnie skóry dojrzałej, zniszczonej i przesuszonej.
To świetny produkt do uzupełnienia zastosowania olejku z nasion malin, który nas chroni – ten z pestek truskawek wzmocni jego działanie po opalaniu. Ja go tak właśnie stosuję i czuję, jak moja skóra jest ukojona i nawilżona. Kiedy mam od czasu do czasu możliwość skorzystania z wanny, dolewam łyżkę tego Olejku do wody i nie mam tak podrażnionych nóg, jak to zwykle bywa u mnie właśnie po kąpieli lub tym bardziej po depilacji.

Olejek kupicie TUTAJ w cenie 26,99 zł za 50 ml.

Oba olejki pachną po prostu jak oleje. Z nasion malin jest żółty, a z pestek truskawek zielonkawy. Znajdują się w szklanych butelkach z pipetą i są bardzo wygodne w użytkowaniu. Świetnie się je aplikuje na skórę i wchłaniają się raczej dobrze, choć będąc na plaży, nakładam grubą warstwę, żeby zapewnić sobie ochronę, więc pozwalam sobie wtedy na tę tłustą warstwę :)


HYDROLAT ALOESOWY

Wow! Tak – od tego słowa musiałam zacząć. Kiedy zobaczyłam, że w sklepie NaturalME pojawiły się hydrolaty, to zwariowałam. Ja je dosłownie uwielbiam. Zawsze mam w łazience kilka rodzajów. Aloesowego nie miałam nigdy, a teraz już wiem, że jest to produkt, którego potrzebowałam od zawsze!

"Naturalne woda aloesowa otrzymywana jest w procesie destylacji wysokiej jakości liści aloesu. Jest bogata w witaminy i mikroelementy. Wykazuje skuteczne działanie nawilżające i kojące. Chroni i regeneruje naskórek. Pobudza produkcję kolagenu. Dzięki wysokiej zawartości antyoksydantów chroni skórę przed wolnymi rodnikami i zapobiega wczesnemu jej starzeniu."

Hydrolat zamknięty jest w plastikowej butelce z atomizerem, który wytwarza przyjemną mgiełkę. A wiecie jak cudownie pachnie? Kocham go! Na co dzień trzymam go w lodówce i odświeżam (i przy okazji schładzam) nim ciało, twarz i włosy w ciągu dnia. Pamiętacie, jak napisałam, że maskę olejową nakładam na włosy zwilżone hydrolatem? Ten nadaje się do tego idealnie!
Hydrolat aloesowy zabieram ze sobą również na plażę – chłodzę nim ciało, twarz i odświeżam włosy, a przed ubraniem się dokładnie spryskuje całe ciało, które otrzymuje ogromną dawkę ZŁAGODZENIA objawów długiego przebywania na słońcu. Hydrolat świetnie nadaje się również do stosowania po prysznicu, który bierzemy zaraz po powrocie np. z plaży – spryskane nim ciało nie tylko odetchnie, ale także będzie lepiej wchłaniało balsam, czy olejek.

Hydrolat kupicie TUTAJ w cenie 21,99 zł za 125 ml.

W sierpniu planuję urlop i wiele wskazuje na to, że uda mi się wybrać na zagraniczne wakacje. Nie wyobrażam sobie wyjazdu bez olejków i hydrolatu NaturalME. Na pewno wylądują w mojej walizce, a w łazience zagoszczą na długi czas!

Poza oficjalnym sklepem marki, te oraz inne produkty (glinki, olej kokosowy, masło shea) kupicie w moim ukochanym sklepie Krem de la Krem, a stacjonarnie w sieci Super-Pharm.

środa, 16 maja 2018

Kolejna marka świecowa pod lupą - Village Candle

Kolejna marka świecowa pod lupą - Village Candle

Hej! Witajcie po dłuższej przerwie, spowodowanej natłokiem obowiązków w życiu zawodowym i prywatnym. Niedawno dostałam awans, a co się z tym wiąże, będę miała nieco mniej czasu, więcej delegacji i obowiązków. Nie mniej jednak ciągle jestem tu z wami. Pamiętajcie również o moich profilach na Instagramie i Facebooku. Tam przy braku czasu jestem obecna mimo wszystko częściej.
No, ale do rzeczy kochani!

Od czasu do czasu przychodzę do was nie tylko z postem kosmetycznym, ale także świecowym. Dziś postanowiłam wziąć pod lupę markę Village Candle i opowiedzieć wam co nie co o tym, za co ją pokochałam.

Markę poznałam w zeszłym roku dzięki woskom. Spodobała mi się bardzo ich forma - czyli kosteczki zamknięte w plastikowym opakowaniu.


Po przetestowaniu kilku świetnych zapachów udało mi się wygrać w konkursie na profilu facebookowym moją pierwszą świecę w słoju - o zapachu Coastal Christmas. Byłam zachwycona naklejką, słojem i przede wszystkim DWOMA KNOTAMI. To cecha, którą bardzo sobie cenię, ponieważ dwuknotowce bardzo szybko rozpalają się do ścianek, nie tunelują i są proste w użytkowaniu, nawet przez osoby rozpoczynające swoją przygodę ze świecami. Sam zapach jest bardzo ciekawy - mroźny, świeży i lekko męski. Naprawdę kojarzy się ze świętami spędzanymi nad  morzem, gdzie blisko wody mamy las iglasty. Czuć zarówno choinkę jak i sól morską. Do tego pochodzi z edycji limitowanej, więc naprawdę się cieszę, że miałam szansę go poznać.



Klasyczne świece w słojach są niezwykle wdzięczne, jeżeli chodzi o ich fotografowanie. Naklejki są świetnie dobrane do zapachów, dzięki czemu aranżacja zdjęcia to czysta przyjemność. Najwięcej radochy czerpałam z fotografowania zapachów: French Macaroon i Lemon Pound Cake. Pierwszy, to zapach maślanego, gorącego biszkoptu, a drugi to jeden z moich ulubieńców świecowych spośród wszystkich marek. To idealnie odwzorowany zapach babki cytrynowej, którą uwielbiam! Jednym z moich ulubieńców jest również zapach Cherry Blossom, który widzicie na zdjęciu powyżej. Jest bardzo nieoczywisty - nie tylko kwiatowy, ale też wodny, dzięki czemu uspokaja i kojarzy się z kwiatami wiśni pływającymi po krystalicznej tafli jeziora gdzieś na końcu świata.



Marka zaplusowała u mnie również bogatą ofertą tzw. "otulaczy", czyli zapachów idealnych na wieczór, szczególnie jesienny i zimowy, choć akurat te nuty zapachowe u mnie goszczą przez cały rok. Moim numerem jeden zdecydowanie jest Cozy Cashmere. Nie przypomina klasycznych kaszmirów innych marek - porównałabym go do zapachu Comfy Sweater od Kringle. Jest pudrowy i przypomina zapach kremu Nivea. Uwielbiam to połączenie! A naklejka? Sami zobaczcie, jest cudna.


Marka Village Candle co jakiś czas wypuszcza zapachy limitowane, co jest super. Przynajmniej ja uwielbiam ten czas, kiedy do Polski zbliża się kontener z nowościami prosto z USA. Jedną ze świetnych limitek, jaką miałam okazję poznać, jest Coconut Mocha. Potraficie sobie wyobrazić zapach batona Bounty w świecy? Jeśli nie, to uwierzcie mi, że to jest właśnie to! Puszyste i mokre jeszcze wiórki kokosowe oblane czekoladą. Ten zapach to ideał! Nie ma w nim ani kszty sztuczności, jest rewelacyjny. Mam nadzieję, że kiedyś trafi do stałej oferty, bo naprawdę warto mieć go w swojej kolekcji.


W tym roku rynek podbiła limitowana seria kolekcjonerska, o zawrotnej nazwie "Be Bold. Be Colorful". Słoje są niepodobne do żadnych innych na rynku. Są metaliczne, designerskie, a naklejki niezwykle proste i eleganckie. W tej chwili dostępnych jest 6 zapachów, ale jeszcze kilka trafi do sprzedaży w tym roku. Nie mogę się doczekać, bo miałam szansę poznać wszystkie zapachy na targach Home Decor w Poznaniu i mam kilku faworytów. Ze świec dostępnych teraz mam 3 zapachy - Rain Blossom (to mój faworyt, niezwykle kwiatowy i przepiękny! Już blisko mi do denka i strasznie boję się tego momentu! Chciałabym tę świecę mieć już zawsze), chłodny i nieco męski zapach Arctic Spring oraz Wild Lilac, czyli zapach dzikiego bzu otulonego nutą świeżego prania.


Co mogę powiedzieć o testowaniu zapachów? Na pewno jest bardzo proste, nie tylko dzięki woskom, ale również dzięki mini glassom. To świetne rozwiązanie dla osób zaopatrujących się w świece przez internet i chcących najpierw poznać zapach, zanim kupią duży słój. Mini glassy mają dużą moc, więc śmiało można dzięki nim całkowicie poznać konkretny wariant świecy. Palą się przez wiele godzin - mi Lemon Pound Cake wystarczył na 3 kilkugodzinne palenia. Te maleństwa świetnie rozpalają się do ścianek i to w ekspresowym tempie, więc w każdej chwili można je zgasić, nie czekając wielu godzin aż utworzy się "basen". Ja uwielbiam mini glassy i często korzystam z ich dobrodziejstw :)



Podsumowując, czy polecam świece i woski marki Village Candle? Jak najbardziej tak! Intensywne i ciekawe zapachy, dwa knoty, piękne naklejki, limitowane zapachy, kilka rozmiarów i przystępne ceny. Każdy znajdzie coś dla siebie!
Zachęcam do śledzenia profili marki na Instagramie i Facebooku. Na Facebooku, pod postem recenzenckim, można wklejać swoje zdjęcia i recenzje testowanych zapachów i po zakończeniu każdego miesiąca wygrać nagrody! Mi udało się to już 2 razy, z czego jestem niesamowicie zadowolona, bo mogłam poznać kolejne zapachy. Koniecznie zajrzyjcie i recenzujcie świece!

A gdzie je kupicie? Oczywiście w oficjalnym sklepie - VillageCandle.pl.





środa, 2 maja 2018

Pierre Rene Skin Balance - podkład zapewniający idealne krycie

Pierre Rene Skin Balance - podkład zapewniający idealne krycie

Do 21 roku życia, choć może ciężko w to uwierzyć, nie używałam podkładu. Nie wyobrażałam sobie nakładania na twarz czegoś, co ma kolor i kolor na mojej skórze zostawia. Wydawało mi się to niehigieniczne i okropne. Nie wiem sama, skąd wzięło się takie przekonanie. Któregoś razu wygrałam zestaw kosmetyków Anabelle Minerals i postanowiłam wypróbować podkłady mineralne, które wydawały mi się lżejsze i zdecydowanie bardziej naturalne. Używałam ich przez kilka lat, aż w końcu poczułam, że już czas wejść na wyższy poziom. Poszukiwałam podkłądu idealnego - testowałam, kupowałam, oddawałam i wyrzucałam. Nie znalazłam nic dla siebie. W końcu przypadkiem wzięłam udział w konsultacjach makijażowych marki Pierre Rene - makijażystka nałożyła mi na twarz podkład Skin Balance. Moja twarz miała naturalny, bardzo wyrównany kolor, a skóra była niezwykle gładka. Od razu kupiłam buteleczkę i od tamtej pory nie wyobrażam sobie posiadania innego podkładu.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej, znajduje się w szklanej buteleczce. Posiada wygodną pompkę, co ułatwia aplikację - ja nakładam go Beauty Blenderem, choć przez jakiś czas używałam pędzla i również byłam zadowolona.


Podkład ma jak dla mnie idealną konsystencję - nie jest gęsty niczym mus, ale nie jest też rzadki ani wodnisty. Świetnie wtapia się w skórę - nie pozostawia efektu maski. Dodatkowo ma bardzo przyjemny, kosmetyczny zapach. Mam bardzo tłustą skórę, a podkład mimo to nie ściera się przez wiele godzin. Krycie jest rewelacyjne! Podkład przykrywa niemalże idealnie nawet blizny potrądzikowe. Trzeba podkreślić, że ten produkt jest bardzo wydajny - wystarcza mi na kilka miesięcy, a już jedna pompka zapewnia idealny makijaż.
Podkład Pierre Rene Skin Balance ma tylko jedną wadę - różnica pomiędzy odcieniami jest ogromna, przez co ciężko jest dobrać idealny wariant.


Ja najczęściej mieszam ze sobą dwa odcienie:
20 - champagne - który jest dla mnie zdecydowanie za jasny;
21 - porcelain - który pomimo nazwy jest dość ciemny. Latem, kiedy trochę się opalę, używam go samodzielnie, bo mam lekko śniadą cerę.
Przez większość roku idealnie sprawdza się odcień, który uzyskuję ze zmieszania wariantów 20 i 21.

Za 30 ml podkładu zapłacimy około 25 zł.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Tymiankowy żel do mycia twarzy Sylveco - pierwszy produkt myjący od dawna, któremu zaufałam kilkakrotnie

Tymiankowy żel do mycia twarzy Sylveco - pierwszy produkt myjący od dawna, któremu zaufałam kilkakrotnie


Tymiankowy żel do mycia twarzy Sylveco przetestowałam kiedyś dzięki wymianie kosmetycznej, w której otrzymałam około 1/3 opakowania. Pamiętam, że podchodziłam do tego produktu nieco sceptycznie, bo był to moment, kiedy zdecydowanie wolałam konsystencję pianki. Moja skóra bardzo lubi kosmetyki pieniące się, dlatego to na nie długo stawiałam. Żel Sylveco sprawił jednak, że porzuciłam pianki na rzecz delikatniejszej formuły i bardzo się z tego cieszę. Pianek nadal używam, ale rzadziej. To żele goszczą teraz u mnie w codziennej pielęgnacji twarzy. Największym sukcesem tymiankowego żelu Sylveco jest fakt, że kupiłam go już kilkakrotnie. Z moją ciekawością w kwestii testowania nowych produktów nie jest o to łatwo. Dlatego własnie postanowiłam napisać dziś wam kilka słów o tym kosmetyku.


Pierwsze co rzuciło mi się w oczy podczas czytania opisu żelu to zawartość w składzie kwasu jabłkowego. Moja wrażliwa skóra i kwasy to zazwyczaj nie jest najlepsze połączenie. Olejek z tymianku zdecydowanie łagodzi działanie kwasu, bo moja skóra nie została podrażniona ani razu. Delikatny środek myjący bardzo dobrze radzi sobie z usunięciem resztek zanieczyszczeń, po uprzednim zmyciu ich przy pomocy mydła do twarzy, produkowanego na bazie oleju kokosowego (żel jest u mnie drugim etapem oczyszczania). Teoretycznie żel dedykowany jest skórze suchej i wrażliwej, ale moja tłusta również lubi dogłębne nawilżenie, dlatego tak dobrze dogadała się z tym produktem.
Konsystencja jest żelowa, ale dość rzadka. Żel prawie w ogóle się nie pieni, dzięki czemu "sunie" po twarzy. Na początku przeszkadzało mi to, ale teraz nie robi na mnie żadnego wrażenia. Najważniejsze, że moja skóra jest oczyszczona, gładka i nie jest napięta. Żel faktycznie pachnie tymiankiem - zapach jest ziołowy, ale bardzo przyjemny! Jestem jego fanką :)


Co o żelu pisze Producent?
Hypoalergiczny, oczyszczający żel do mycia twarzy z kwasem jabłkowym o aktywnym działaniu wygładzającym i rozjaśniającym. Zawiera bardzo łagodny, ale jednocześnie skuteczny środek myjący, który nie podrażnia nawet najbardziej wrażliwej skóry. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, delikatnie złuszcza martwy naskórek i reguluje procesy odnowy jego komórek. Żel został wzbogacony olejkiem i ekstraktem z tymianku, które posiadają właściwości przeciwzapalne i kojące. Systematyczne stosowanie pozwala zachować gładką, zdrową skórę o równomiernym kolorycie.

Bardzo rzadko zdarza się, żebym z opisem Producenta zgadzała się niemalże w 100 % - tutaj zdecydowanie tak jest. Żel tymiankowy Sylveco to bez dwóch zdań produkt godny polecenia każdej skórze. Możemy kupić go w wielu sklepach i drogeriach stacjonarnych oraz w większości sklepów internetowych z naturalnymi kosmetykami.

Za 150 ml zapłacimy około 20 zł.

środa, 18 kwietnia 2018

Mydło dla dzieci YOPE i zachwyty blogerów nad tym produktem - czy są uzasadnione?

Mydło dla dzieci YOPE i zachwyty blogerów nad tym produktem - czy są uzasadnione?

Kiedy zobaczyłam serię mydeł dla dzieci marki YOPE, w pięknych opakowaniach z uszkami i buźkami - zwariowałam. Wiele razy podkreślałam, że dla mnie opakowania są niezwykle ważne i niestety bardzo łatwo jest mnie nimi skusić. Jako, że markę YOPE znam i uwielbiam już od dłuższego czasu, posiadanie choćby jednego produktu z tej serii było dla mnie oczywiste. Na co dzień używam klasycznych mydeł do mycia rąk YOPE i przetestowałam już wszystkie warianty zapachowe.
Wśród mydeł dla dzieci najbardziej oczarowało mnie połączenie KOKOS I MIĘTA. Bardzo chciałam je mieć i bardzo mocno ucieszyłam się, kiedy dostałam je w paczce świątecznej przed Wielkanocą.
Mydło - tradycyjnie już - ma bardzo przyjazny dla skóry skład. 94 % składników tego produktu jest pochodzenia naturalnego lub o niskim stopniu przetworzenia.

Co mówi Producent?
Delikatne mydło dla dzieci w płynie o zapachu kokos i mięta Działa antybakteryjnie, nawilżająco, a przede wszystkim jest delikatne dla wrażliwej skóry dziecka. 
Jednymi z głównych składników są kokos i mięta, które mają właściwości przeciwgrzybiczne oraz antybakteryjne. Oprócz tego mydło dla dzieci zwiera witaminę B5 oraz alantoinę, które mają działanie łagodzące.

A co myślę ja?
Opinię o opakowaniu mamy już za sobą - jest absolutnie przefantastyczne!
Skład? Mam wrażenie, że bywało lepiej, ale marka jeszcze nigdy mnie nie zawiodła, więc dałam duże wotum zaufania.
Konsystencja - mydło jest przezroczyste, średniogęste. Bardzo lekko się pieni. Czy pienienie się jest potrzebne podczas mycia dłoni? Dla mnie raczej nie, więc w tym przypadku większych minusów nie zanotowałam.
Zapach. Tutaj zaczynają się schody. Po pierwsze - mięty nie czuję wcale, ani w przewadze, ani nawet w dalekim tle. Po drugie - kokos. Czy to kokos, czy to wanilia? Sama nie wiem. Nie mniej jednak zapach jest przeokropnie sztuczny. Naprawdę bardzo chemiczny. Pierwszy raz w przypadku mydeł YOPE jestem zawiedziona. Bardzo.
Działanie - mydło dobrze myje i nie przesusza skóry. Nie podrażnia i nie wywołuje zaczerwienienia.

Podsumowanie. Mydło spełnia swoją rolę, opakowanie jest nie tylko ładne, ale i poręczne - mieści się bez problemu na mojej mikroskopijnej umywalce. Niestety zapach totalnie je skreśla z mojej listy produktów goszczących w łazience na stałe.

Marka YOPE wypuściła właśnie nową serię "kwiat lipy", w której pokładam ogromne nadzieje. Wierzę, że uda mi się przetestować te produkty i że pomogą mi odzyskać zaufanie do marki, bo niestety zostało delikatnie nadszarpnięte.
Jeżeli miałyście okazję poznać już "kwiat lipy" - koniecznie dajcie znać!

środa, 11 kwietnia 2018

Czy hydrolaty roślinne i naturalne olejki radzą sobie z demakijażem? Marka Lilla Mai pod lupą!

Czy hydrolaty roślinne i naturalne olejki radzą sobie z demakijażem? Marka Lilla Mai pod lupą!

Mając duże zapasy płynów micelarnych i olejków do demakijażu, zapomniałam już, jak to jest robić zakupy właśnie tego typu produktów. Miałam wrażenie, że wystarczy mi ich do końca życia, a ledwo się obejrzałam i nie miałam już ani jednego!
Wtedy odwiedziłam niezawodny sklep internetowy Krem de la Krem i postanowiłam znaleźć produkt, który będzie:
1. dwufazowy;
2. naturalny.
Trafiłam na markę LILLA MAI, z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Bardzo szybko zaświeciły mi się oczy i po przeczytaniu składu dwufazowego płynu do demakijażu wiedziałam, że ten produkt wyląduje w moim koszyku, a niedługo potem na mojej półce.

Spójrzcie tylko na skład INCI:
Melissa officinalis Leaf water, Chamaemelum Nobile Flower water,  Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Prunus Armeniaca kernel Oil, Glycerin, Gluconolactone*, Sodium Benzoate, Eukalyptus Citriodora.
* konserwant posiadający certyfikat ECOCERT.

Podoba wam się? Mi bardzo!
Fakt, że płyn powstał nie na bazie wody, a hydrolatów z melisy i rumianku, przeważył o moim wyborze, ale nawilżające olejki z pestek moreli i ze słodkich migdałów sprawiły, że nie miałam wątpliwości. Dodatkowo pisk radości wywołał olejek z eukaliptusa, który nadaje się do cery trądzikowej i mimo, że płynów do demakijażu używam jedynie do pozbycia się makijażu oczu, fakt, że moja skóra będzie bezpieczna, sprawił, że miałam ochotę skakać z radości. Rzadko zdarza się bowiem, że jakiś produkt spełnia wszystkie nasze oczekiwania.

Płyn znajduje się w szklanej butelce z ciemnego szkła. Posiada atomizer, więc w ogóle WOW! Uwielbiam takie produkty. Konsystencja jest oleista, dzięki czemu makijaż świetnie się domywa, a oczy nie szczypią. Zapach jest typowo olejkowy - mam tutaj na myśli olej spożywczy. Nie przeszkadza mi to, ponieważ wiem, że jest naturalny!

Moja recenzja nie wymaga żadnych dodatkowych szczegółów. Płyn sprawdza się w swojej roli, jest bezpieczny dla skóry, a dla osób używających olejków do demakijażu całej twarzy, będzie idealny jako pierwszy etap mycia. Czego chcieć więcej? <3

Za 100 ml produktu zapłacimy 37 zł, a kupimy go TUTAJ.
Copyright © 2016 eddieegger , Blogger