czwartek, 29 marca 2018

Dodatki do palenia świec zapachowych - czy są potrzebne amatorowi? Sprawdź!

Dodatki do palenia świec zapachowych - czy są potrzebne amatorowi? Sprawdź!

Swoją przygodę ze świecami zapachowymi rozpoczęłam w 2016 roku. Na początku miałam kilka pojedynczych świec (głównie no name, albo tanich producentów, takich jak Bolsius) i sporą kolekcję wosków Yankee Candle. Z czasem moja kolekcja zaczęła się powiększać i poznawałam kolejne marki, takie jak: Kringle Candle, Country Candle, Village Candle czy Goose Creek. Całą swoją miłością obdarzyłam marki oferujące świece dwuknotowe, ponieważ:
1. Nie potrzebują "wspomagaczy" przy idealnym rozpalaniu i dochodzeniu do ścianek;
2. Odniosłam wrażenie, że w większości przypadków ich zapachy są po prostu bardziej intensywne od znanych mi jednoknotowców.

Po jakimś czasie jednak chciałam testować coraz to więcej zapachów - również marek oferujących jednoknotowce - i uzbierałam około 30 świec w słojach. Są tacy, którzy powiedzą, że to bardzo dużo, ale jest mnóstwo świecoholików, dla których 30 sztuk to żadna kolekcja. Dlatego mimo wszystko wciąż nazywam sama siebie świecowym amatorem :)

Mając jednak już tyle rodzajów świec, wciąż szukałam szczegółowych informacji na temat tego, jak uzyskać tzw. "basen", czyli świecę idealnie rozpaloną do ścianek, jak przycinać knoty, żeby do wosku nie wpadały czarne paproszki, czy jak ustrzec się przed niebezpiecznymi sytuacjami w domu, związanymi z palonymi świecami. Nie jestem ekspertem i nadal lubię zasięgnąć informacji dotyczących nurtujących mnie tematów i chętnie korzystam z rad tych bardziej doświadczonych.

Chciałabym jednak napisać wam o tym, czego już zdążyłam się dowiedzieć i jakie triki stosuję, żeby palenie świec zapachowych było jeszcze przyjemniejsze.



FOLIA, SWETEREK, ILLUMA

Wszystkie te 3 "narzędzia" pomagają w poprawnym wypalaniu świecy, czyli zapobiegają tzw. tunelowaniu - świeca rozpala się do ścianek słoika, po czym po zgaszeniu równo zastyga. Folia i sweterek pomagają świecy lepiej się rozgrzać i utrzymać to ciepło. W pierwszej chwili pomyślałam: "dzierganie sweterków dla świec i ubieranie ich w to? Serio?" - przez jakiś czas było to dla mnie zbyt wiele. Owijałam świecę folią aluminiową i efekt był zadowalający. Z czasem zaczęło mnie denerwować ciągłe kupowanie folii i to, że świeca nie wygląda za ładnie, stojąc owinięta sreberkiem. Wtedy z odsieczą przyszła babcia, która zrobiła mi na drutach sweterek na duży słój. Byłam nim zachwycona! I oczywiście jestem nadal - ubieram go na duże jednoknotowce, dzięki czemu szybciej osiągam idealne rozpalenie się świecy do ścianek.
Są jednak egzemplarze wyjątkowo oporne - wtedy na ratunek przybywają illumy. Są to nakładki na słoje, które stabilizują płomień i przyspieszają rozpalenie się świecy do ścianki. Illumy pasują na duże i średnie słoje, głównie Yankee Candle. Im mniejsza "wolna powierzchnia" w środku illumy, tym efekt jest szybszy i dokładniejszy.

UWAGA! WAŻNE!
Nigdy, ale to nigdy nie zakładajcie folii, sweterka ani illumy na świece dwuknotowe! One doskonale radzą sobie bez pomocników, a korzystając z nich, możemy narazić się na niebezpieczeństwo - stopienie illumy i sweterka, pożar!


Zobaczcie jak pięknie rozpala się nawet bardzo oporne maleństwo :) Na słoiki Kringle illumy nie pasują, sweterka w takim rozmiarze również nie posiadam, dlatego w tym przypadku posiłkowałam się jedynie folią aluminiową i jak widać, jest efekt wow :) Dlatego naprawdę nie potrzeba kolejnych wydatków, żeby wspomóc świecę w rozpalaniu! Folia w zupełności wystarczy.


PODSTAWKI POD ŚWIECE

Jestem panikarą. Przeogromną. I mimo, że wiele osób mówi mi, że świeca stojąca na drewnianym stoliku nie jest zagrożeniem, ja wolę nie ryzykować i zawsze stawiam ją na czymś. Niezależnie od tego, czy jest to podstawka dedykowana świecom, czy blaszana podstawka pod donicę, albo patera na ciasto, jeżeli sprawdzi się w roli podstawki pod słoik i sprawi, że będzie on stał stabilnie, dla mnie jest dużą dawką spokoju.
Podstawki pod świece dedykowane np. świecom Yankee Candle, znajdziemy często w zestawie z kloszem, który nakładamy na świecę i otrzymujemy efekt lampki. Ja nie mam ani podstawki typowej dla świec, ani też klosza. Osobiście nie czuję w tej chwili takiej potrzeby, ale kto wie... :)



NOŻYCZKI DO PRZYCINANIA KNOTÓW

Jest to narzędzie, które przez pewien czas uważałam za zbędne. Po każdym zgaszeniu świecy, kiedy na knotach robiły się tzw. "grzybki", czyli szerokie, brzydkie zakończenie knota, które zapewne i tak od niego odpadnie i pobrudzi nam wosk, po prostu łapałam końcówkę w palce i odrywałam to, co uznałam za niepotrzebne. Takie manewry zdawały egzamin do czasu, kiedy nie wypaliłam już dużej ilości wosku w danej świecy i nurkowanie paluchami w dużym słoju nie było już takie łatwe :P Wtedy uznałam, że nożyczki są niezbędne.
Ja posiadam nożyczki ze sklepu internetowego Kringle.pl - są idealne. Końcówka docinająca jest świetnie zbudowana i szeroka - idealnie "łapie" wszystkie brudki, które podczas użycia klasycznych nożyczek wpadłyby nam do świecy.

Nożyczki możecie kupić za 39 zł ---> KLIK


LATARENKI

Mam dwie. Między innymi dobrze znaną wersję z Ikea, widoczną na zdjęciu. Czy używam ich do palenia świec zapachowych? NIE. Służą mi jedynie za dekorację. Sama nie wiem dlaczego nigdy nie próbowałam. Może w końcu nadejdzie taki dzień.

Dajcie znać, czy lubicie świece zapachowe i czy wspomagacie się czymkolwiek w lepszym rozpalaniu i w dekorowaniu świec. Na koniec podsyłam wam jeszcze malutką inspirację z mojego instagrama - puste słoiki po wypalonych świecach świetnie nadadzą się dla świec innych kształtów i mniejszych rozmiarów! Świetnie się ze sobą komponują a dodatkowo świece również lepiej się rozpalają. Tutaj maleństwo sojowe od Onceuponacandle w słoiku po małej świecy Yankee Candle :)


czwartek, 22 marca 2018

Be The Sky Girl - odlotowy mus do ciała, który pokochała moja skóra!

Be The Sky Girl - odlotowy mus do ciała, który pokochała moja skóra!

W zeszłą sobotę miałam przyjemność gościć w Gdańsku na targach kosmetyków naturalnych (i nie tylko!) Ekocuda. Było wspaniale - uzupełniłam zapasy o kilku moich ulubieńców, ale również poznałam nowe marki, o których nigdy nie słyszałam, bądź czytałam o nich mnóstwo opinii i recenzji, ale nie miałam okazji poznać ich na własnej skórze.

Tak właśnie było z marką Be The Sky Girl, którą poznałam dzięki sklepowi internetowemu Krem de la Krem. To tam zobaczyłam je pierwszy raz i to dzięki relacjom z testów dziewczyn zapragnęłam sama poznać te produkty.

Co ujęło mnie na samym początku?
Po pierwsze, MADE IN POLAND. Uwielbiam wspierać polskie marki, tym bardziej, jeśli mają do zaoferowania coś naprawdę ekstra. W tym przypadku zdecydowanie tak jest.
Po drugie, chwytliwa nazwa marki. Która z nas nie chciałaby być "Sky Girl"? To brzmi może nieco górnolotnie, ale hej, przecież musimy mieć pewność, że jesteśmy warte choćby gwiazdki z nieba!
Po trzecie, ciekawe opakowania z mnóstwem napisów. Lubię, kiedy na opakowaniu dużo się dzieje. Tu mnie macie!
Po czwarte, a pewnie najważniejsze, świetne składy, niemalże w 100 % naturalne. Moja skóra zdecydowanie to kocha!

Czego dowiemy się ze strony internetowej Be The Sky Girl?

Kim jest Sky Girl? 
SKY GIRL to KOBIETA, która wie, czego chce, i ma odwagę, by po to sięgać. Jest niezależna, podejmuje własne decyzje, a jednocześnie ma serce otwarte na świat. Emanuje energią, pasją i mocą sprawczą, co czyni ją piękną i seksowną - po prostu. Jest kobieca, delikatna i wrażliwa, a zarazem silna i decyzyjna.
Codziennie spotykamy Sky Girls na swojej drodze – mamy wrażenie, że jest ich mnóstwo, tylko nie wiedzą, że mogą być inspiracją dla innych. Swoją postawą i działaniem dają energię, pokazują, że można – są zwykłe i niezwykłe zarazem!
I bynajmniej nie chodzi o to, że są idealne pod każdym względem – bo idealne istnieje tylko w bajkach, a poza tym jest nudne. Sky Girls są SOBĄ. 
 

Ja to kupuję. Serio! Uwielbiam, kiedy na stronie internetowej marki, czy sklepu, zobaczymy słowa, które są kierowane bezpośrednio do nas - klientek - prosto z serca. Na stoisku Be The Sky Girl na targach też dało się wyczuć tę pozytywną energię i zaangażowanie w tworzenie świetnej marki. 

Na co się wc zdecydowałam? Sprawdźcie!  



BODY MOUSSE - SWEET LIFE

Wybrałam mus do ciała, którym potencjalne klientki były zachęcane do odwiedzenia stoiska. Przemiły Pan "częstował" każdą z nas odrobinką musu, którym pachniało dookoła stoiska! Moja przyjaciółka uznała, że mus pachnie jak kisiel i faktycznie, coś w tym jest! Ale od początku. Sprawdźmy, czego o tym produkcie dowiemy się ze sklepu internetowego By The Sky Girl.

Jestem musem łączącym w sobie masła shea i mango z olejami babassu, ryżowym i chia oraz słodką nutą czerwonych owoców. Dopieszczę Twoją skórę po kąpieli czy w trakcie odprężającego masażu. Sięgaj po mnie zawsze wtedy, gdy będziesz potrzebowała odrobiny relaksu. Jak pachnę? Jak beztroska i wakacje - malinowe chwile zapomnienia i porzeczkowe tajemnice. Słodycz i świeżość letnich, czerwonych owoców doprawiona delikatną, zmysłową nutą wanilii. Viva sweet life!

Brzmi ciekawie? Zapewniam, że jest pysznie! Masło shea i zawarte w musie oleje odpowiadają za nawilżenie i wygładzenie skóry, ale mnie głównie oczarował olej z mango, który ma działanie regenerujące nawet najbardziej przesuszoną skórę i jest w świetny w gojeniu niewielkich ran i podrażnień, dlatego nie będę bała się stosować go tuż po goleniu nóg. Z resztą, co ja wypisuję, przecież już to zrobiłam i moja skóra była niezwykle gładka i niepodrażniona <3 A zapach? Producent mówi o malinach i porzeczkach, ale ja czuję kisiel żurawinowy - naprawdę! Słodki, intensywny i wspaniały.

Opakowanie, w którym znajduje się mus, dodatkowo pakowane jest do plastikowej, zamykanej na klik torebki, na której znajdziemy wszystkie najważniejsze informacje dotyczące produktu - jestem sroką, to również mnie kupiło.



Konsystencja musu jest idealna - puszysta i nie tłusta. Większość musów, jakie miałam okazje używać, pod wpływem ciepła skóry oraz tarcia zmienia się w olejek. Lubię ten efekt, ale tylko na noc, kiedy nie muszę za chwilę się ubierać. Przy tym produkcie mamy idealne nawilżenie i wygładzenie skóry, ale nie ma na niej żadnego tłustego filmu. Muszę też dodać, że mus ma w sobie wspaniałe, delikatne drobinki złota! Wiecie - nienachalne, nie brokatowe, ale sprawiające, że nasza skóra błyszczy, a my czujemy się jak milion dolców. Nie mogę się doczekać lata, kiedy odsłonię nogi i ręce, będę zachwycać wszystkich zapachem, a moja skóra osiągnie efekt bling bling!

Mus Be The Sky Girl to moje totalne odkrycie. Zdecydowanie jest wart swojej ceny. Gdzie go kupicie?

Oczywiście w oficjalnym sklepie internetowym Be The Sky Girl ---> KLIK
lub podczas zakupów na Krem de la Krem ---> KLIK

Ceny są takie same - za 100 ml produktu zapłacimy 47 zł.

środa, 14 marca 2018

WOW Cosme - koreańskie kosmetyki dla wymagających

WOW Cosme - koreańskie kosmetyki dla wymagających

Markę WOW Cosme poznałam dzięki Facebookowi, gdzie już jakiś czas temu zobaczyłam reklamę maseczek. Obserwowałam profil marki, czytałam o jej kosmetykach i w zeszłym roku otrzymałam do testów 3 próbki kremów, z których jeden przetestowałam, a dwa ostatecznie poleciały dalej w świat. Bardzo często kusił mnie zakup maseczek, bo mają piękne opakowania i nietypowe składy, jednak zawsze powstrzymywały mnie spore zapasy.

Te 3 maski w płachcie wygrałam w konkursie zimowym na profilu WOW Cosme. Mogłam wybrać warianty, które najbardziej odpowiadają mojej skórze. Kierowałam się oczywiście nie tylko wariantami, ale także opakowaniem, co jest u mnie zachowaniem normalnym ;)

Jestem już po testach wszystkich 3 masek, dlatego przychodzę do was z recenzją. Sprawdźcie, jakie warianty wybrałam i jak sprawdziły się przy mojej wrażliwej, tłustej skórze.

Ale najpierw kilka słów o samej marce. Co znajdziemy na stronie internetowej WOW Cosme?

Cóż za piękny kraj! A jakie tam są kosmetyki?! Oczywiście Koreańskie. Marzyłam, aby pewnego dnia przenieść te cudeńka do naszego kraju. I to się udało! Mamy dzisiaj zespół pełen zapału, wizji i wiary w to, co robimy. A co my właściwie robimy ? Uczymy od podstaw jak prawidłowo zadbać o skórę, w jaki sposób, każda młoda dziewczyna i dojrzała kobieta, może skorzystać z dobrodziejstw natury. Jesteśmy bezpośrednim dystrybutorem i importerem koreańskich kosmetyków. W naszej ofercie znajduje się około 100 produktów. Mamy umowy na wyłączność dystrybucji na terenie całej Europy z 13 producentami z Korei Południowej. Produkty wybieramy bardzo skrupulatnie, zwracając szczególną uwagę na jakość i wyjątkowość składów. W większości to niepowtarzalne formuły na skalę światową, przewyższające standardy przyjęte w europejskich laboratoriach. Koreańska kosmetologia sięga przede wszystkim po bogactwo dostępne w naturze i łączy wielowiekowe doświadczenie z najnowocześniejszą technologią. Dlatego Korea stała się światowym liderem na rynku kosmetyków. Wyselekcjonowane przez nas produkty zawierają między innymi: śluz ślimaka, ekstrakt ze ślimaka morskiego, ośle mleko, ekstrakt z nici pająka, ekstrakt z koników morskich, kolagen z płetwy rekina, ekstrakt z oleju aligatora, algi morskie, azjatyckie grzyby, minerały ze skał wulkanicznych i wyciągi z azjatyckich roślin. Żartujemy, że mamy całe ZOO w Ogrodzie Botanicznym i chcemy Was tutaj zaprosić.



SEASHORE HYDRO-LIPID FACIAL MASK

Maseczka z konikiem morskim na opakowaniu, które jest zdecydowanie najpiękniejszym spośród wszystkich masek WOW Cosme, to wariant silnie odżywczy i nawilżający.

Ekstrakt z konika morskiego i oleju z konia z wyspy Jeju zapewniają idealną równowagę wody w głębokich warstwach podskórnych i łagodzi uszkodzenia na zewnętrznej powierzchni skóry. Czyste składniki z wyspy Jeju odżywiają skórę czyniąc ją promienną i zdrową.

Płachta nie jest nasączona przezroczystym serum żelowym, ani też wodnym. Funkcję nawilżająco-odżywczą pełni krem. Miałam już maskę w płachcie w takiej formie i byłam nią zachwycona. Ta oczarowała mnie przede wszystkim pięknym zapachem. Jest silnie perfumowany, ale tak cudowny, że nie mogłam przestać się zachwycać. To naprawdę zapach eleganckich perfum. Zdecydowanie był efekt WOW :)
Po zdjęciu maski również byłam mile zaskoczona. Krem świetnie się wchłonął, a moja skóra była świeża, gładka i miękka. Pierwszy raz od dawna nie czułam potrzeby umycia twarzy przed wyjściem z domu - po prostu wklepałam krem z maseczki i byłam gotowa! Jestem tą maską naprawdę zachwycona!

Kupicie TUTAJ w cenie 16 zł.


MILK AQUA GORGEUS MASK

Jest to wariant nawilżający i przeciwzmarszczkowy. Serum miało konsystencję czegoś pomiędzy kremem a żelem. Było lekko białe, ale nie typowo kremowe. Z takim spotykam się raczej rzadko.

Silnie nawilżająca maska o działaniu ujędrniającym i odmładzającym. Dzięki wysokiej zawartości mleka i oleju z osła wygładza zmarszczki, zwiększa zdolność zatrzymywania wody w skórze, nadaje gładkość i przynosi natychmiastowe uczucie świeżości. Maska posiada delikatne działanie chłodzące dzięki naturalnym, aktywnym składnikom. Maska łagodzi podrażnienia i regeneruje. Rozświetla skórę, przywraca blask i świeży wygląd. 

Tutaj zapach był już niestety chemiczny - nie drażniący, ale po cudownym zapachu "konika morskiego" baaardzo chciałam znów poczuć się tak dopieszczona. Po zdjęciu maski skóra była gładka i nawilżona. Niestety, następnego dnia  obudziłam się z ogromnym uczuleniem na twarzy. Zaczerwieniona skóra i duże, różowe wypryski pojawiły się na całej powierzchni twarzy. Użycie tej maski zbiegło się ze zmianą żelu do mycia twarzy, który również odstawiłam, dlatego nie chcę z pełną odpowiedzialnością zwalać winy na maskę, bo tak naprawdę nie wiem, czy uczulenie było jej winą. Nie mniej jednak ze strachu o stan mojej skóry nie wrócę do niej ponownie.

Kupicie TUTAJ w cenie 16 zł.


AQUA ORIGINAL SKIN GEL MASK

Ostatnia testowana maska to maska nawilżająca. To raczej klasyk wśród maseczek WOW Cosme.

Maseczka żelowa z miękkiego, naturalnego materiału, pełna składników odżywczych i nawilżających. Ekstrakty poliphenoli i witamin, wydobyte między innymi ze świeżych gruszek, zapobiegają przesuszaniu się skóry. Nawilżona skóra staje się gładsza, bardziej sprężysta i ma młodzieńczy wygląd. Maska zawiera sześć rodzajów wyciągów z ziół orientalnych i 10 różnych rodzajów opatentowanych składników aktywnych. 

Jak wskazuje opis producenta, w przypadku tej maski do czynienia mamy już z najczęściej spotykanym żelowym serum, którym nasączona jest płachta. O niej muszę wspomnieć - jest bardzo gruba i świetnie dopasowuje się do skóry. Za to duży plus. No i ten zapach! Nieco delikatniejszy, ale bardzo zbliżony do perfumowanego "konika morskiego"! Aplikacja maski była ogromną przyjemnością.

Po ściągnięciu płachty z twarzy wklepałam w skórę resztki serum i położyłam się spać. Rano obudziłam się z wypoczęta, gładką i nawilżoną skórą. Mam wrażenie, że moje podrażnienie zostało nieco ukojone, co mnie bardzo cieszy. Maskę oceniam więc pozytywnie.

Kupicie TUTAJ w cenie 16 zł.


Podsumowując, gdyby nie problem z uczuleniem przy aplikacji drugiej maski, pewnie moim zachwytom nie byłoby końca. Podkreślę natomiast jeszcze raz, że moje uczulenie niekoniecznie było podyktowane użyciem tej maski. Po prostu jestem już ostrożna i unikam każdej nowości, przy której moja skóra ucierpiała. Mimo wszystko na pewno wrócę do maski z konikiem morskim na opakowaniu. To mój absolutny numer 1 spośród testowanych masek WOW Cosme.


Przy okazji tego posta chciałabym przeprosić za to, że w ostatnim czasie tak rzadko tutaj bywam. Problemy ze zdrowiem, sprawy rodzinne i ogrom pracy sprawia, że zwyczajnie nie zawsze mam czas i siłę poświęcić tyle czasu na napisanie dla was recenzji. Staram się jednak na bieżąco zdawać choćby krótkie relacje na Instagramie, który mimo wszystko jest mniej wymagający niż blog. Szykuję tam też kosmetyczne rozdanie, które ruszy już na dniach - koniecznie bądźcie ze mną, bo do wygrania będzie naprawdę ogromna paka kosmetyków i nie tylko! <3

piątek, 23 lutego 2018

Tony Moly Tako Pore Bubble Mask Pack

Tony Moly Tako Pore Bubble Mask Pack

Bąbelkującą maseczkę oczyszczającą pory od Tony Moly  pierwszy raz zobaczyłam na Instastory u Hani ze sklepu Sklep Hania. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia! Opakowanie w kształcie czarnego duszka mnie sobą oczarowało, a opis maski, która rośnie na twarzy? Po nim wiedziałam, że będzie moja!
Zobaczyłam jednak cenę w sklepie - prawie 70 zł. Kurczę, pomyślałam sobie, że to trochę za dużo, biorąc pod uwagę fakt, że kosmetyki do twarzy bardzo często mnie uczulają i bardzo szybko z nich rezygnuję. I mimo, że uwielbiam wspierać polskie sklepy - robię to zawsze, kiedy mogę sobie na to pozwolić - postanowiłam poszukać tego produktu na eBay'u. Udało mi się zamówić maskę za około 30 zł z wysyłką. Czekałam na nią około 4 tygodnie, ale było warto!


Zacznijmy od tego, co o masce możemy przeczytać w sklepach internetowych:

Tako Pore maska oczyszczająca pory i pozbywająca się nadmiaru sebum. Skuteczne oczyszczenie twarzy dzięki masce to efekt specjalnej technologii zastosowanej do jej powstania – otóż po aplikacji błoto zamienia się w bąbelki (pęcherzyki), które najwydajniej przyczyniają się do reedukacji porów i adsorpcji sebum, pochłaniając w ten sposób wszystko to, czego chcemy pozbyć się z naszej skóry.

Składnikami aktywnymi są między innymi: błoto termalne, woda gazowana, tauryna i sól morska. Wszystkie przyczyniają się do dogłębnego oczyszczenia porów, nawilżenia ich i ukojenia skóry.

Jak widzicie, maska ma konsystencję puszystego błotka. Przy dotknięciu produktu słyszymy już delikatne "syczenie" - pęcherzyki powietrza od razu zaczynają działać. Maska pachnie jak połączenie męskiej pianki do golenia z jakimś kwiatem. Bardzo dobrze się ją nakłada - dosłownie "sunie" po twarzy, nie pozostawiając żadnych niepokrytych miejsc.


Bąbelki zaczynają łaskotać skórę już po chwili od nałożenia. Jest to bardzo przyjemne i dość zabawne uczucie. Maska nie rośnie tak mocno, jak wersje w płachcie. Jej objętość się zmienia, ale nie ma efektu "woooooow!". Produkt nakładamy na umytą twarz na około 3-5 minut, więc aplikacja jest naprawdę bardzo wygodna. Po tym czasie zmywamy maskę ciepłą wodą - tutaj pojawia się malutki problem, z którym oczywiście sobie radzę. Maska zmywa się dość ciężko - ja pomagam sobie bawełnianymi, jednorazowymi ręczniczkami Tami, które namaczam i ścieram nimi "błotko". Resztę dopiero myję bieżącą wodą.

Skóra po użyciu tej maski (przynajmniej moja) jest czysta i gładka jak po żadnym innym produkcie do mycia czy do pielęgnacji twarzy. Po pierwszym użyciu byłam totalnie zaskoczona, bo nie spodziewałam się aż takiego efektu! Choć muszę przyznać szczerze, że zaraz po użyciu maski skóra jest przesuszona - i to nie lekko, nawet bardzo. ALE. Zakładając, że maska ma służyć głównie skórze tłustej, to przy użytkowaniu wieczorem i nałożeniu na noc tłustego/dobrze nawilżającego kremu, nie zrobimy sobie krzywdy. Ja tak właśnie robię za każdym razem i budzę się rano ze skórą nawilżoną, wciąż czystą i gładką.

Jeżeli nie przeraża was chwilowe przesuszenie - polecam tę maskę bardzo mocno! To teraz jeden z moich ulubieńców :)



poniedziałek, 19 lutego 2018

Seria masek w płachcie dla psiarzy - czy marka Skin79 stanęła na wysokości zadania?

Seria masek w płachcie dla psiarzy - czy marka Skin79 stanęła na wysokości zadania?

Zestaw 4 maseczek Skin79 z serii Seoul Girl's beauty secret mask kupiłam jeszcze w zeszłym roku. Skusiła mnie promocja w sklepie internetowym marki, gdzie za całą serię 4 masek zapłaciłam 29 zł - ta cena obowiązuje również w tej chwili. Nie tylko atrakcyjna cena przemawiała za zakupem, ale także, a może i przede wszystkim, design opakowań. Jestem typową "psiarą" i jak zobaczyłam maseczki ukazujące miłość pomiędzy kobietą, a psiakiem, przepadłam <3

Zapraszam na recenzję!


MOISTURIZING CARE

Była to pierwsza maska z serii, którą zużyłam. Pamiętam, że był szary i deszczowy dzień, mój pies był bardzo leniwy, a i mi udzieliło się nic nie robienie. Uznałam, że ta maseczka jest idealna na taki właśnie nastrój. Wystarczy spojrzeć na opakowanie!

Co znajdziemy na naklejce informującej o cechach produktu?

Maska zawiera w sobie kwiatowy wyciąg z lotosu i róży damasceńskiej. Maska poprawia elastyczność oraz koloryt cery, zapewnia skórze natychmiastowe, długotrwałe nawodnienie, zapobiega powstawaniu trądziku oraz wyprysków.

Zacznę więc od zapachu. Zachęcił mnie wyciąg z róży damasceńskiej i liczyłam na właśnie takie nuty zapachowe. Niestety, maska pachniała tanim mydłem, co było bardzo męczące. Dużym plusem jednak była świetna wchłanialność serum - bardzo szybko skóra zrobiła się matowa, bez klejącej warstwy. Przez około 15 minut twarz była lekko zaczerwieniona, ale po tych kilkunastu minutach wróciła do normalnego stanu i przez wiele godzin była gładka i przyjemna w dotyku.

Mimo brzydkiego zapachu maskę oceniłam pozytywnie.


VITAL CARE

Tę maskę zużyłam w Sylwestra - chyba nie muszę wyjaśniać, dlaczego :D Bardzo umiliła mi wieczór. Jakie miała zadanie?

Maska zawiera w sobie kwiatowy wyciąg z wiesiołka dwuletniego, który łagodzi podrażnienia i stany zapalne skóry, opóźnia procesy starzenia, wygładza drobne zmarszczki. Maska polecana wówczas, kiedy cera potrzebuje odżywienia i regeneracji.

Zapach w tym wariancie był już o wiele przyjemniejszy, a skóra po użyciu również była gładka i miękka, dlatego dla tej maski wystawiam wyższą notę, niż dla poprzedniej. Faktycznie skóra była jakby odżywiona i bardziej napięta, ale nie ściągnięta. Lekkie zaczerwienienie również zniknęło po kilkunastu minutach.


SOOTING CARE

Opakowanie tej maseczki jest przepiękne. Pamiętam, jak szkoda było mi je rozerwać! Uśmiechnięty pieseł, cudowny zachód słońca. Miałam ogromne nadzieje co do tej maski.

Maska zawiera w sobie dodatkowy, ziołowy kompleks roślinny (nagietek lekarski, hydrolat i wyciąg z lawendy, rumianek), który koi podrażnioną skórę, regeneruje, działa przeciwzapalnie. Maska polecana wówczas, kiedy cera jest zaczerwieniona, sucha i szorstka.

Zapach maski nie był ani przyjemny, ani też zbyt sztuczny czy drażniący. Serum, tak jak w dwóch poprzednich przypadkach, świetnie się wchłonęło. Niestety, zaczerwienienie nie minęło już tak szybko, a na skórze pojawiło się mnóstwo czerwonych krostek, które utrzymywały się przez około 2 tygodnie po użyciu maski. Byłam bardzo zawiedziona, zamiast pomóc mojej skórze, maska ją bardzo podrażniła :(

Przez to doświadczenie nie zużyłam czwartej maski z serii, która według mnie ma najpiękniejsze opakowanie z całej serii. Przymierzałam się do niej kilka razy, ale ostatecznie uznałam, że będzie ona elementem kolejnego rozdania kosmetycznego, tym razem na moim Instagramie, które powoli planuję.


BRIGHTENING CARE

Maska zawiera w sobie kwiatowy wyciąg z wiśni Yoshino, wykazujący działanie łagodzące, przeciwzapalne, antyalergiczne i lekko rozjaśniające. Maska polecana wówczas, kiedy cera jest ziemista, sucha i matowa.


Oceniając całą serię masek, żadnej z nich nie kupiłabym ponownie.

Poczwórny zestaw kupicie TUTAJ - cena regularna 40 zł / 4 szt. (obecnie 29 zł / 4 szt.).




poniedziałek, 12 lutego 2018

Oleje do zadań specjalnych - jak uzupełniam pielęgnację twarzy, szyi i dekoltu?

Oleje do zadań specjalnych - jak uzupełniam pielęgnację twarzy, szyi i dekoltu?


Wiele razy w swoich postach podkreślam, że skóra mojej twarzy nie dogaduje się z olejami.Dlatego właśnie nie używam ich codziennie do demakijażu i pielęgnacji. Mam jednak trzech ulubieńców do zadań specjalnych, których używam w sprawdzony dla mnie sposób - chcę wam dzisiaj zdradzić moje sekrety i być może nakierować was nieco na pielęgnację z wykorzystaniem olejów i serum olejowych.

Marki, które dzisiaj królują w moim poście, to:

1. o!figa
2. D'Alchemy
3. Nature Queen

Ciekawe? Zaczynamy!


DZIKA FIGA - O!FIGA

Na pierwszy ogień idzie serum olejowe Dzika Figa marki o!figa. Wygrałam je w Wielkim Świątecznym Lilikonkursie u Lili Natura. Byłam przeszczęśliwa, bo choć boję się olejków do twarzy, to serum ogromnie mnie zaciekawiło - głównie naturalnym i wspaniałym składem.

Bazą kosmetyku jest wyjątkowy olej z opuncji figowej, nazywany również naturalnym botoksem. Do wyprodukowania litra oleju potrzeba około miliona pestek wydobytych z blisko pół tony owocu! Ogromna zawartość NNKT (blisko 90%!) wyróżnia ten olej na tle innych półproduktów kosmetycznych naturalnego pochodzenia i sprawia, że posiada on niezwykłe wręcz właściwości antyoksydacyjne i wygładzające. Jest również olejem całkowicie niekomedogennym, co oznacza, że doskonale nadaje się do cer problematycznych z tendencjami do wyprysków i zaskórników. Posiada również właściwości nawilżające i regenerujące. 

Poza olejem z opuncji figowej (wow!) w serum znajdziemy również między innymi olej z owocu dzikiej róży, który łagodzi i regeneruje skórę, dostarczając jej przy tym mnóstwa witaminy C.

Serum najlepiej używać na noc (na zwilżoną skórę, czyli najlepiej po nałożeniu toniku) i pozostawić do wchłonięcia.

Jako, że na olej z opuncji figowej mówi się "naturalny botoks", postanowiłam używać go pod oczy - jest niezwykle bezpieczny dla okolic oczu) oraz do okolic ust, gdzie występują u mnie widoczne bruzdy nosowo-wargowe. Jestem zauroczona tym produktem, bo już po około 2 tygodniach użytkowania zauważyłam wygładzone linie w okolicach oczu oraz delikatne spłycenie bruzd nosowo-wargowych.

Serum ma konsystencję typowego oleju, żółtawy odcień i według mnie pachnie jak chrzan. Może zabrzmi to dziwnie, ale zapach bardzo mi się podoba! Zdecydowanie jestem "chrzanolubna" :) Serum dość długo się wchłania, ale zawsze na to pozwalam, bo wtedy osiągam najlepsze efekty stosowania tego produktu.

Moja buteleczka (z ciemnego szkła, z pipetą) ma pojemność 30 ml - na stronie o!figa pojawiła się nowość, buteleczki o pojemności 20 ml.

Kupicie TUTAJ - cena regularna 89,90 zł / 20 ml (obecnie w promocji za 77,31 zł).


INTENSYWNIE REGENERUJĄCY OLEJEK DO TWARZY - D'ALCHEMY

O marce D'Alchemy oraz o innym produkcie z mojej półki przeczytacie w tym poście - KLIK.

Moja buteleczka to mini produkt o pojemności 5 ml - regularna pojemność to 30 ml. Olejek przeznaczony jest praktycznie do każdego rodzaju skóry. Ma za zadanie głęboko nawilżyć i zregenerować skórę oraz spowolnić przy tym proces jej starzenia się.

Spektakularny olejek, stworzony na bazie drogocennego, czystego olejku różanego - eliksiru długowieczności. Wspomaga procesy odpornościowe skóry oraz pobudza jej naturalny proces gojenia i regeneracji. Zawiera szerokie spektrum składników aktywnych: witamin, przeciwutleniaczy oraz nienasyconych kwasów tłuszczowych Omega 3, 6 i 9, które głęboko nawilżają, odbudowują i regenerują skórę, wzmacniając jej napięcie. Bogaty w najcenniejsze dla skóry oleje roślinne: olej z pestek róży, żywiczny z krystalicznych „kropel-łez” drzewa Pistacja Lentiscus, olej monoi, arganowy, lniany oraz buriti, a także w antyoksydacyjne ekstrakty z guarany, aceroli, rokitnika, żurawiny i camu camu.

W jaki sposób ja używam tego produktu? Pielęgnuję przy jego pomocy skórę szyi i dekoltu. Kiedy byłam nastolatką, nadmiernie korzystałam z solarium i kąpieli słonecznych. Jest to bardzo widoczne poniżej mojej twarzy - mam liczne zmarszczki poziome, zarówno na szyi jak i na dekolcie. Olejek D'Alchemy nawilża moją skórę i delikatnie ją napina. Zauważyłam, że zmarszczki są nieco mniej widoczne, zapewne dzięki lepszemu napięciu skóry.

Olejek ma lekko żółtawy kolor i cudownie pachnie różą. Uwielbiam go!

Kupicie TUTAJ - 190 zł / 30 ml.


MACERAT Z MARCHWII - NATURE QUEEN

Macerat marchwiowy otrzymywany jest w wyniku maceracji korzenia marchwi w oleju słonecznikowym, tłoczonego na zimno. Ma intensywnie pomarańczowy kolor i jest olejem o dużej zawartości beta-karotenu. Posiada doskonałe właściwości na polu pielęgnacji urody i poprawy naszego zdrowia.
 Macerat z marchwi Nature Queen doskonale sprawdza się przy pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Doskonale poprawia jej koloryt, wygładza, nawilża i regeneruje skórę, działa przeciwzapalnie, przyśpiesza gojenie ran i oparzeń, ułatwia regenerację naskórka. Dodatkowo łatwo się wchłania, nie zatyka porów i ma działanie brązujące.

Jakie zadanie specjalne zlecam temu produktowi? Otóż poprawę koloru mojej skóry, kiedy po ciężkim dniu staje się szara i zmęczona. Olejek ma bardzo intensywnie pomarańczowy kolor i potrafi brudzić, dlatego trzeba korzystać z niego z rozwagą. Ja, chcąc poprawić koloryt twarzy, dodaję malutką kropelkę olejku do kremu, którego używam na noc. Skóra faktycznie staje się jakby bardziej "ożywiona". Dostałam go jesienią, więc używam go w ten sposób, ale latem na pewno skorzystam z niego jako z naturalnego filtra przeciwsłonecznego. Olejek pachnie jak kuchenny olej słonecznikowy :)

Kupicie TUTAJ - 24,99 zł / 50 ml.


Jeżeli wy również macie oleje do zadań specjalnych w pielęgnacji twarzy, koniecznie dajcie znać w komentarzach! :)

czwartek, 1 lutego 2018

Kringle czy Country? Masz dylemat? Niepotrzebnie!

Kringle czy Country? Masz dylemat? Niepotrzebnie!

W sklepie internetowym Kringle.pl możemy kupić świece zarówno Kringle Candle jak i Country Candle. Obie marki mają rewelacyjne zapachy o dużej mocy, dwa knoty przy większych rozmiarach świec i dwa odmienne designy słojów. Często możemy zauważyć również powtarzalność zapachów, które mają niemalże identyczne naklejki i bardzo zbliżone nazwy. Co wtedy zrobić? Którą świecę wybrać? Czym się kierować?
Podpowiadam: Tylko i wyłącznie swoim własnym gustem i głosem serca!

W wielu przypadkach zapachy są wręcz identyczne - np. Cozy Cabin od Kringle i Cozy Cabin od Country. Przetestowałam natomiast porównawczo Warm Apple Pie/Apple Pie oraz Frosted Cranberry/Frosted Cranberries. Wyczułam różnicę. I wiecie co? Są osoby, którym bardziej do gustu przypadną nuty zapachowe Kringle oraz osoby, które dałyby się pokroić za Country. Nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie: Która z nich pachnie ładniej? Po prostu szukajcie, a znajdziecie! :)

A teraz zapraszam na recenzje dwóch świec - jednej Kringle, a drugiej Country.


KRINGLE CANDLE GOLD & CASHMERE

Od zawsze powtarzam, że ta świeca jest idealnym prezentem bądź dodatkiem do prezentu, dosłownie dla każdego. Wypaliłam już 2 woski i 1 daylight w tym zapachu, a teraz upajam się zapachem świecy w największym słoju. Uwielbiam design naklejki tego zapachu - złota kokarda i blask. Czy jest coś, co sprawi, że osoba obdarowana takim prezentem nie poczuje się dopieszczona? Na pewno nie!
Ten zapach jest bardzo otulający, ale zarazem nienachalny. Łączy w sobie dość bezpieczne nuty zapachowe, takie jak wanilia, cukier, cytrusy, drzewo sandałowe czy piżmo. Z połączenia tych nut otrzymujemy bardzo "ciepły" zapach przypominający kaszmir. Paląc go zawsze wyobrażam sobie cudowny wieczór w domu przy kominku z ukochaną osobą - pod kocem lub w ciepłym swetrze i z lampką białego wina lub szampana w dłoni. Moim zdaniem to zapach, który przypadnie do gustu prawie każdemu.



COUNTRY CANDLE FROSTED CRANBERRIES

Moim pewniakiem od dawna był zapach w wersji Kringle. Wypaliłam 2 daylighty i zdecydowałam się na dużą świecę. Pewnie sięgnęłabym po sprawdzony zapach Kringle, ale zobaczyłam przepiękny kolor wosku w słoju Country i przepadłam. Wiedziałam, że muszę go mieć! I wybór został zmieniony :)
Czy dobrze zrobiłam? Na to pytanie też nie ma jasnej odpowiedzi. Na pewno zapach się różni. Dla jednych pewnie nieznacząco, dla innych wcale. Mi jednak brakuje jednej nutki, którą wyczuwałam w świeczkach Kringle. Zapach wciąż jest słodki, wciąż nie ma w nim ani krzty cierpkości żurawiny i wciąż jest bardzo, ale to bardzo owocowy, co w nim uwielbiam. Jest jednak inny.

Dlatego właśnie wniosek jest jeden.

Przy wyborze odpowiedniej świecy dla siebie zawsze kierujcie się stawianiem na te nuty zapachowe, które najbardziej lubicie. 

Logicznym jest, że nie każdy zapach nam się spodoba i nie z każdą świecą połączy nas miłość. Dlatego warto sprawdzać, testować i... wymieniać się! Tak, jestem zwolenniczką wymian świecowych. Sama mam za sobą dopiero dwie, ale na pewno będzie ich więcej. Zdradzę wam jednak, że do zapachów nie zrażam się za szybko. Są takie, które zapaliłam raz i uznałam, że mi się nie podobają, ale nie chcę z nich rezygnować. Chowam je do szafki i czekam na zmianę aury za oknem lub pory roku i wrócę do nich ponownie. To również wpływa na nasze doznania zapachowe, pamiętajcie!

Życzę wam wszystkim wielu udanych świecowych łowów i zapraszam na stronę Kringle.pl, gdzie trwa właśnie ogromna promocja na wybrane zapachy!
Copyright © 2016 eddieegger , Blogger